niedziela, 13 października 2013

Kira kira pika pika! Szalone lampiony, pomelo i świecące uszka - świętowanie w wielkim stylu!

Obiecana druga część notki o lampionach! Ostrzegamy, że jeśli spodziewacie się zdjęć tradycyjnych czerwonych lampionów i dostojnych Chińczyków wpatrujących się z księżyc to gorzko się rozczarujecie :)

W końcu zapadła decyzja - jadziem na lampiony! Szybko zapakowały do plecaka kilogram moon kejków oraz nasze pomelo, coby zjeść wszystko w parku w świetle księżyca. Były gotowe!
Drogę miałyśmy już mniej więcej obczajoną, bo park ów o nazwie Cultural Park (文化公园) mieścił się nieopodal wyspy, gdzie Polacy wydają nam pieniądze. Niestety potem noga nasza zboczyła jakimś dziwnym sposobem i nie dość, że znalazłyśmy się w środku szalonej ekipy rolkarzy, to w dodatku w miejscu targu rybnego, FUJ! Uciekając przed smrodem natrafiły na budkę pana, produkującego sok z granatnika. Miał szaloną maszynę do wyciskania granata do cna oraz milion kilogramów tegoż owocu! Pragnienie w nas powstało okrutne i oto, sialalala, nasz mała buteleczka!
Wyborny był to smak!
Warto nadmienić, że granaty w Chinach są wielkie i wspaniałe oraz stanowią podstawę wyżywienia Keczupa.





Taka oto buteleczka przyłączyła się do spaceru. Poniżej most łączący wyspę z resztą miasta - ważny ze strategicznego punku widzenia, bo wiedzie do polskiego konsulatu, gdzie dają pieniądze!



Typowy widoczek z naszego nowego miejsca zamieszkania - im wyższe tym lepsze!


W końcu obrały drogę, która wydała nam się prawidłowa. I oto już niebawem okazało się, że miałyśmy rację! Tak, wpadłyśmy w tłum Chińczyków! Średnio mogąc się poruszać, a co dopiero manewrować i wyprzedzać wlekłyśmy się noga za nogą razem z nimi. Przed nami z tempem ślimaka poruszała się słodka chińska parka (mieli lampion w kształcie kaczusi), więc piękne to było miejsce do obserwacji ich miłości. W końcu, OTO JEST! Majestatyczna brama do parku! Ale ale, nie ma lekko! Trzeba nam się jeszcze było przecisnąć przez stragany sprzedające kolorowe świecące pały, takież uszka oraz rogi do zakładania na głowę, grające lampiony w kształcie samolotu i inne tego typu dobra. Oraz przez milion kupujących Chińczyków oczywiście!
- Uh! Straszno rzeczy! - zawołała Kaha, łapiąc się za głowę.
Keczup nie powiedziała nic, obserwując pana koło 40 w świecących rogach na głowie. 





W końcu cel został osiągnięty, a oczom naszym ukazał się ogromny świecący statek! Oraz tłumy Chińczyków. Niektórzy mieli już nawet obnażone brzucha - wspaniała tutejsza metoda chłodząca. Żeby to jeszcze piękne chłopce były, ale nie! 


Kto zrobi lepszą foteczkę! Niżej widać, przez jakie tłumy przyszło nam się przeciskać. Dodatkowo atakowały wózki z dziećmi!


Cyknęły kilka foteczek, gdy uwagę naszą zwrócił kolejny lampion. Tak tak, toż to miś Rilakkuma oraz słodziaszczy kurczaczek Kiiroitori! <3 Katarzyna od razu zapragnęła mieć słit focio z misiem, ale niestety stała się czarnym człowiekiem. Z AFRIKA!

Tak, ten czarny człowiek niżej to Katarzyna, hehe.


Chwilę potem wypatrzyłyśmy coś super - zwierzątka i palmy! Wspaniałe połączenie!
- Świniak! - ekscytowała się Keczup (miłość jej do świniaków jest wielka, nawet większa niż do kurczaczka Kiiroitoriego!)
Czegóż tam nie było! Palmy, małpa, grzybki, ale to jeszcze nic. Lampionowe lotosy się ruszały! Rozchylały się i składały budząc zachwyty i okrzyki Chińczyków. Niestety filmik z ruszania się lotosu nie dość, że już i tak czerstwy, to został jeszcze podstępnie odwrócony prze jołtuba i nie umiemy tego naprawić :( 







Oto i zdjęcia kilku innych szalonych lampionów:




Wąż specjalnie na rok węża






Najgorsze jest jednak to, że Chińczycy tak byli pochłonięci lampionami, że NIE JEDLI! Byłyśmy zszokowane.
- Pani, co z naszym pomelo, które cały czas noszę na plecach? - zapytała Kaha.
- Aj waj! Tutaj jest ławeczka, siadać i jeść! 
Wstydziłyśmy się jednak wyciągnąć potężny owoc i nasz nóż, bo każden jeden przechodzący Chińczyk gapił się! Niektóre były na tyle zalotne, że i kilka rachitycznych hello dobiegło naszych uszu. A Chinki nawet nie biły swoich chłopców za gapienie się, widać w tym mieście jakoś ich duch osłabł (w Pekinie od razu torebka na łbie by wylądowała). Zadowoliłyśmy się więc kilogramową paczą księżycowych ciastek.
- Wspaniały jest to smak, ale nieco brakuje mi nutki wołowiny - narzekała Keczup.
- Ja jednak preferuję swininę - wtrąciła Kaha, pakując ciastko w całości do ust, budząc tym podziw Chińczyków.

I tak oto zakończył się ten wspaniały event. Jeszcze tylko podróż autobusem z naszymi chińskimi przyjaciółmi (tak, ich ilość w autobusie była proporcjonalna do obecności na lampionach) i ostatnim metrem do domu robić to, co lubim najbardziej - SPACIU!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz