poniedziałek, 28 grudnia 2015

Kacza, jajo, Mikołajo - czyli 5 najlepszych zdjęć grudnia (edycja świąteczna)

Hop hop hop!
Jak spędziliście święta? My na polskiej Wigilii, spaniu 16h i wyjeździe na graniczny wiza trip. Miałyśmy nadrobić notki, ale wyszło jak zwykle. Chyba przydałoby się zwiększyć częstotliwość pisania, bo do naszej kolejnej podróży zostało już tylko 3 tygodnie, a tu Japonia nie skończona, Tajlandia ledwo liźnięta, a przesławne zabytki naszego Guangzhou, to już w ogóle szkoda gadać... 

Czasami obserwujemy bardzo ciekawe rzeczy, które nijak nie pasują do notek, a nie chcemy, by przepadały gdzieś na Facebooku". Zdecydowałyśmy się więc wprowadzić nową serię: "Najlepsze zdjęcia miesiąca. Jako, że grudzień jest miesiącem Kuristmasu, to wybrałyśmy zdjęcia tendencyjne;)

1. Handel uliczny. Tak, kaczki są żywe. 

sobota, 26 grudnia 2015

Wieża Tokijska i świątynia Zojoji w Tokio, a ponadto czy Japończycy kradną i kim są małe kamienne ludziki w śmiesznych czapeczkach?

Wszyscy pewnie lepicie pierogi albo też gotujecie susz na świąteczną kolację i wcale nie zastanawiacie się, jak w Chinach obchodzi się Święta. A warto, bo obchodzi się, choć nikt tu nie słyszał o małym Jezusku. My również przygotowujemy małą wigilię, ale o tym kiedy indziej. By nieco odgonić smutki związane z hmm... trzecimi już świętami pod palmą, postanowiłyśmy popełnić kolejny już wpis o naszym wyjeździe do Japonii.

Jak wiecie spędziłyśmy tam zaledwie 8 dni i w kółko musiałyśmy jeszcze zaliczać shopping na Harajuku, toteż plan był napięty i każdego dnia przewidziano wiele atrakcji. Nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, co chciałyśmy, ale nic to! Do Japonii wracamy na pewno już niebawem. Poza tym  w Polsce planujemy zaprzedać ideały i łupać kasę w korpo, by móc raz do roku planować jakąś naprawdę hardą podróż.

Kto wie, ten wie, a kto nie wie, ten dowie się teraz: jesteśmy wielkimi fankami anime DMC (Detroit Metal City). Jest to przedniej jakości produkcja o wrażliwym fanie szwedzkiego popu, który w wyniku bezrobocia zatrudnia się w kapeli metalowej. Okazuje się, że scena wyciąga z niego prawdziwego blakowca. Kra-chan jako pan wszelkiego zniszczenia krzyczy w kółko o śmierci i chędoży, co popadnie. Również Wieżę Tokijską. TAK! To jest życie godne prawdziwego rock'n'rollowca. Częściowo więc z sentymentu, a częściowo ze zwykłych pobudek turystycznych postanowiłyśmy obejrzeć ten oto cud architektury.

sobota, 19 grudnia 2015

Rzecz o chińskim weselu

We wrześniu, po miesiącach przygotowań, wzięła ślub chińska współpracowniczka z klasy Kejk Laoszy. Jako, że pracowały ze sobą pół roku i dość mocno się zżyły, wystosowane zostało oficjalne, czerwono złocone zaproszenie adresowane do Miss Kate. Niestety z uwagi na pracę (ślub odbywał się  w środku tygodnia) było mi dane uczestniczyć tylko w weselu... Ja, Katarzyna, bardzo żałuję, że nie mam możliwościa napisania ciekawej notki o chińskim ślubie, symbolach i zwyczajach. Moje etnologiczne serce aż drży z chęci napisania przydługawego i nudnawego traktatu i znaczy to chyba, że czas wrócić na uczelnię, obronić magisterkę i brać się za doktoraty!

Rzecz będzie więc tylko o chińskim weselu. A było to tak.

Pomimo, że pracę kończymy o 17, Chinki nie mogły się zebrać jeszcze bardzo długo. Jako, że koleżanka owa nie powiedziała mi, gdzie mam jechać, a tylko że mam jechać ze wszystkimi z przedszkola, takoż i czekałam potulnie. Zanim wszyscy się zebrali było już grubo po 18 i w brzuszku burczało potężnie. Okazało się, że trzeba się jeszcze przegrupować, bo część musi jechać taksówką, a część firmowym samochodem, a część to w ogóle nie wiadomo jak. Mnie został przydzielony samochód firmowy z nieudolnym kierowcą i 9 Chinkami.  Jako, że samochód jest 8 osobowy, to... zrobiło się dość ciasno. Na szczęście mi przypadło miejsce z przodu, więc bez gniecenia się, choć miało to i złe strony... Niby młode dziewczyny a trajkoczą jak stare przekupy. I nie wiadomo, czy gorzej było, gdy robiły to po kantońsku (tfu tfu), czy jak darły się po mandaryńsku, by i mnie włączyć do dyskusji. Po godzinie takiej wesołej zabawy dojechaliśmy na miejsce. Jakieś ostateczne zadupie Głandżoł, gdzie od tej pory miała mieszkać ziomalka nasza Rainbow.

Ktoś nas odebrał, przeszliśmy kawałek i... moim oczom ukazało się to. Niestety nie zrobiłam zdjęć przed budynkiem, gdzie również siedziało na oko z 200-300 osób zajadających się a najlepsze.


sobota, 12 grudnia 2015

Dres spoko jest! - starożytna świątynia i mniej starożytne kasyna w Makau.

Hej hej! W naszym Guangzhou panuje zima i okrutny mróz, jak na zewnątrz tak i w mieszkaniu (o zimowych zwyczajach Chińczyków napiszemy niebawem), więc nadajemy nowy raport spod kołdry. Nie jednej nawet, a kilku, a dodatkowo owinięte w kilka par dresów i termiczne wdzianko Mammut dla alpinistów, kupione w naszym ulubionym outlecie po taniości.
A raport dotyczyć będzie wycieczki zagranicznej! Chińczycy są niestety ludźmi nie myślącymi logicznie. Ich zachowania ciężko jest wytłumaczyć zdroworozsądkowo i często sami sobie uprzykrzają życie na milion sposobów. Przy okazji uprzykrzają też życie obcokrajowcom, wymyślając liczne biurokratyczne i dziwaczne przepisy. Jednym z nich jest konieczność opuszczania Chin i wyjazdu za granicę CO MIESIĄC (tak przynajmniej nakazuje wiza, którą posiadamy). Guangzhou nasze leży w odległości niedużej do Hong Kongu i Makau, więc nie mamy złe, ale zastanawia nas sprawa następująca - jak radzą sobie ludzie mieszkający w głębi CHIN?! STRASZNE RZECZY!
Hong Kong wizytowałyśmy ostatnio, więc tym razem wybór padł na Makau. Zazwyczaj wysiadamy tylko na granicy, bierzemy pieczątki i z powrotem (raz Keczup chciała nawet sprytnie ominąć granicę Makau i od razu wracać do Chin, ale została złapana...), Makau zwiedzałyśmy bowiem dogłębnie w zeszłym roku. Ostał się jednak jeden zabytek, bardzo znany i zacny, który zamknęli nam prawie przed nosem i pozwolili rozejrzeć się tylko chwileczkę. Stwierdziłyśmy więc, jedziem oglądać świątynię A-ma!

Droga jak zwykle upłynęła nam na spaniu i po 2 godzinach byłyśmy na granicy. Wbito nam upragnioną pieczątkę i oto stopa nasza postanęła w Makau. Dla niezorientowanych - Makau to była kolonia portugalska, od 1999 jest częścią Chin, jednak posiada autonomię (własny rząd, pieniądz, granica, handel, ogółem Chiny się nie wtrącają). Języki urzędowe to nasz znienawidzony kantoński i PORTUGALSKI, nawet autobusy mówią po portugalsku! W Makau, w przeciwieństwie do Chin i Hong Kongu, legalny jest hazard, zgadnijcie więc, z czego czerpią zyski :).

Okej, wyłazimy, pobieramy mapki i udajemy się w stronę busów należących do kasyn. Jakże to?! Miała być świątynia, a jedziecie na HAZARD?! A gdzie tam, skąpy turysta chcący zaoszczędzić na autobusie, może udać gościa kasyna i podjechać specjalnym busem rozwożącym ludzi prosto do jaskiń hazardu! Szybko sprawdziłyśmy, że najbliżej do świątyni będzie nam z kasyna Grand Lisboa i pewnie, z cwaniacką miną, zasiadłyśmy w busie.

A oto i Grand Lisboa! Niestety zapomniałyśmy zrobić mu zdjęcia, takoż foto z internetu (tu jeszcze z budowie).

http://www.chinadiscover.org/02_Macau/Macau_en.htm

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Świętujemy International Lolita Day, szykowna kawiarnia + nieco o chińskiej cenzurze


W pierwszą sobotę grudnia (i bodajże pierwszą sobotę  czerwca) odbywa się International Lolita Day.  Czyli raptem dwa razy do roku, ale nam zawsze wydaje się, że w kółko ktoś wrzuca stylizacje z tej okazji. W tym roku data ta pokrywała się praktycznie z Mikołajkami, więc postanowiłyśmy się nieco zmobilizować i spotkać z chyńskimi lolytami. Po prawdzie od trzech już chyba tygodni chodzimy w dresach i coraz mniej nam się chce, ale o sławę trzeba jednak walczyć i w zasadzie szkoda jest wydawać aż tyle pieniędzy na sukienki, żeby ich później nie nosić...
Postanowiłyśmy odpalić więc Weibo (chiński odpowiednik Twittera) i napisałyśmy odezwę na ścianie, oznaczając profil lolit z Guangzhou i lolickich tea party w naszym mieście. Jak się okazało odezwy nadeszły dość szybko i... tak, ktoś chciał się z nami bawić! Radośnie odpaliłyśmy wiadomości i wtem... Weibo nas wylogowało. Nic to. Logujemy się jeszcze raz i... błąd. Jeszcze raz - błąd, błąd, błąd. Odzyskiwanie hasła smsem, mailem wszystkim. NIC NIE DZIAŁA.

sobota, 5 grudnia 2015

Winter is coming... taobao haul i skarpetkowy life style.

Jak może wiecie, bądź też prędzej nie wiecie, nasze wspaniałe Guangzhou leży na Zwrotniku Raka. Wiąże się to z klimatem subtropikalnym i straszliwym gorącem przez większą część roku. Jednak i na nas przyszedł czas i zima zawitała i w Kantonie. Nie jest to nasza pierwsza zima i doskonale wiemy, że 10 stopni może się wydawać niepozorne, lecz trzeba być zawsze przygotowanym! Kwestię bluz i dresów załatwiłyśmy już po osławionym meczu. Nie ma nic gorszego niż przemoknięte, przemarznięte stopy! Trzeba więc szybciutko uzupełnić skarpety!

Gdzie kupić dobre skarpety? W Polsce problem ten nieustannie nam doskwierał. Skarpetki są bowiem albo nudne, albo bardzo drogie i w dalszym ciągu nie aż tak szalone, jakby się marzyło. Chiny i taobao wreszcie odmieniły nasze życie. A zrobił to jeden konkretny sklep wybitnym towarem z Japonii i Korei, który jak łatwo się domyślić opatrzony jest metką MADE IN CHINA i to na dodatek w naszej wspaniałej prowincji uczynion. 

Jak się dzisiaj okazało, zakupy zrobiłyśmy w najgorszym możliwym momencie. Wyprzedała się już bowiem kolekcja jesienna, a w dalszym ciągu nie było jeszcze wszystkich zimowych  nowości:(
NIC TO! NADROBIMY ZARAZ PO WYPŁACIE. HAHAHHAHHAHAHHA

A oto i nasze nowe nabytki na skarpetkowej górce!


środa, 2 grudnia 2015

"Teraz my pracujemy dla słoni!", czyli wizyta w Elephant's World w Tajlandii

Ahoj! Co prawda od naszej podróży po Azji Południowo-Wschodniej minęła już kupa czasu, ale jeszcze nieco materiału zostało... Wybaczcie nam tą opieszałość (to wszystko przez chińskie dzieci i stresy z nimi związane!). W dzisiejszym odcinku czeka wspaniała atrakcja - z wizytą u słoni!

Słoń jest potężną atrakcją Tajlandii, a przejażdżki na nim umieszczane są w praktycznie każdej ofercie wycieczki. Rafting, skakanie z wodospadu, po drodze ze trzy piwa Chang plus trekking na słoniu, a to wszytko w trzy godziny i za 50 zł, brać i cieszyć się! Mocno średnio nas to jarało, bo po pierwsze pół godziny jazdy to trochę mało kontaktu ze zwierzakiem, a po drugie dźwiganie kontrukcji z dwójką turystów raczej średnio bawi słonia. Na szczęście udało nam się znaleźć obiecujący program w ośrodku Elephant's World nieopodal miejscowości Kanchanaburi (około 2 godziny drogi z Bangkoku), który obiecywał brak jazdy na grzbiecie słoni, bicia słoni, dokuczania im metalową pałką, a w zamian miłość i lepienie ryżowych kuleczek dla bezzębnych podopiecznych. Jedziemy!

Z samego rańca pod nasz hostel podjechał okazały świniubus, którego zadaniem było pozbieranie turistenów z miasta. Każdy z dumą dzierżył w dłoni siateczkę bananów, którą zamierzał sprezentować obślinionej słoniowej paszczy. Na miejscu powitali nas wolontariusze (za darmo sprzątają słoniowe kupy!) i odbył się krótki wstęp teoretyczny. W ośrodku znajdują się w większości słonie stare i schorowane, które wcześniej pracowały przy wycince lasów albo w przemyśle turystycznym (tak, woziły turistenów na grzbiecie), a kiedy nie dawały już rady, były wyrzucane. Dowiedzieliśmy się, że słoń absolutnie nie może dźwigać na grzbiecie więcej niż 100 kg, gdyż ma bardzo delikatny kręgosłup (jak myślicie, ile waży metalowa\drewniana gondola z dwójką białasów z US?). Prócz tego nie powinien chodzić po betonie, bo rani mu to i parzy stopy. Kilka młodszych słoni zostało zabranych z ulicy, gdzie zmuszano je do żebrania i właśnie takie poparzone stopy miało (obecnie przebywanie słoni w mieście jest nielegalne i widząc taki proceder, można wezwać policję).

poniedziałek, 30 listopada 2015

Najdziwniejsze centrum handlowe w Chinach oraz jak prawie zostałyśmy fankami piłki nożnej

Tym razem notka życiowa, gdyż prawdę powiedziawszy, życie nasze skupia się aktualnie na rozpamiętywaniu podróży minionych i planowaniu podróży kolejnych. W związku z tym codzienna nasza egzystencja do najbardziej szalonych nie należy...

Kilka dni temu, dzięki małemu wyjściu ze znajomymi, udało nam się odkryć kolejne źródło jedzenia. Nie dość, że można zjeść tam coś jadalnego, to można tam zjeść i jedzonko pyszniutkie! Food republic to wspaniała knajpa ze stoiskami z różnistymi kuchniami świata (pewnie jeszcze o niej napiszemy), w której każdy może  wybrać coś dla siebie. Nasz wybór jest zawsze prosty i żremy coś tajskiego;)

Wspaniała zupa curry w wersji z krewetkami (yummy yummy yummy) i kurczakiem (nie ma co jednak szaleć i trzeba zawsze brać krewetki).

poniedziałek, 23 listopada 2015

Vampire Cafe w Tokio - wizyta w najmroczniejszej kawiarni świata


Ciąg dalszy japońskiej awantury! Tym razem notka nie turystyczna, a gastronomiczno-rozrywkowa, można by rzec. Nie wiem, czy pamiętacie, ale w tym samym czasie w Tokio bawiły się dwie nasze ziomalki z Polski. W powodu chińskiego tabletu i nieogarnięcia, nie dane nam było spotkać się w Akihabarze (http://almostparadisse.blogspot.com/2015/10/podroz-do-japonii-szalona-dzielnia.html). Nadszedł czas na podejście numer 2! Jako, że w naszym towarzystwie dominuje tzw. element GOTH to ten element bardzo, ale to bardzo pragnął odwiedzić pewne posępne miejsce... przybytek o nazwie VAMPIRE CAFE!

poniedziałek, 16 listopada 2015

Hong Kong dzień drugi, tym razem turystyczny


Jak zapewne już wiecie, ostatni weekend października spędziłyśmy w Hong Kongu, bawiąc się na lolyckim party (tu nasze zabawy --> http://almostparadisse.blogspot.com/2015/11/goth-party-roku-krad-lanrete-halloween.html). To jednak nie wszystko! Jako, że tym razem wyjazd miał byc na bogato i z noclegiem, poczyniłyśmy ambitne plany turystyczne. Od razu po powrocie z imprezy miałyśmy zewrzeć szyki i udać się na nocną panoramkę, nocny Mong Kok i inne nocne atrakcje. Niestety... gdy tylko weszłyśmy do pokoju, ległyśmy na wyrach na wznak i drzemałyśmy radośnie do drugiej w nocy w tzw. murzyńskiej chacie (niektórzy nawet w pełnym makijażu!).

sobota, 14 listopada 2015

Gdzie nauczyciel zarabia najwięcej? Prywatne lekcje angielskiego w Chinach. Porady praktyczne + koreańskie bonusy


Mamy wiele pytań dotyczących  naszej pracy, więc postanowiłyśmy przybliżać jej szczegóły nieco częściej. Dziś omówimy jedno z najlepszych źródeł zarobkowania: LEKCJE PRYWATNE
Plusy:
- Żadna agencja nie pobiera od Ciebie prowizji, tak więc zarabiasz więcej, a rodzice płacą mniej.
- Sam wybierasz godziny, w których chcesz uczyć. Oczywiście, po skonsultowaniu z rodzicami.
- Masz jednego, dwóch, no może kilku uczniów. Nie 10, 15 czy 40.
- Jedziesz na godzinkę, dwie czy półtorej, nie na cały dzień porozbijany okienkami.

wtorek, 10 listopada 2015

Z pamiętnika Kejk laoszy: Trick or treat w chińskim przedszkolu. Świętujemy Halloween w Chinach!


Dawno nie było już notki o pracy nauczyciela w Chinach... Dzieje się tak ponieważ: a) w naszym życiu dzieje się jednak nieco ciekawszych rzeczy b) Keczup uwolnił się od przedszkolaków, a w podstawówce jest już prawdziwniejszą nauczycielką c) Kejk Laoszy przeżywa kryzys wiary w dzieci, pracę, a nawet w wartość pieniądza.

sobota, 7 listopada 2015

Goth party roku - Krad Lanrete Halloween Tea Party w Hongkongu


Pora na wpis Halloweenowy! Tego dnia każden jeden człowiek bawi się na jakichś baletach, dzieci straszą i biorą jeszcze za to cukierki, Chińczyki zajmują się kupowaniem (wszak każde świętowanie się do tego sprowadza), a niektórzy mówią NIE HALLOWEEN i tego dnia czczą Ducha Świętego. Nam natomiast trafiła się okazja wyjazdu do Hong Kongu na imprezę najzacniejszej chińskiej lolyckiej marki Krad Lanrete.

środa, 4 listopada 2015

Okadźmy się w Asakusie! Świątynia, Skytree i wierny pies Hachiko, czyli kolejny dzień w Tokio.

Kolejna część naszych wspaniałych przygód w Japonii przed nami! Jeśli nie pamiętacie na czym skończyła się relacja, to zajrzyjcie do tej oto notki klik klik klik.

 Może zdziwi Was fakt, że nie zwiedzałyśmy tylko sklepów. Tym razem post poświęcony będzie zwiedzaniu Asakusy!

Asakusa to jedna z dzielnic Tokio, znana przede wszystkim z  buddyjskiej świątyni Senso-ji.
Jest to najstarsza świątynia w Tokio, podobno została założona w 628 roku. To miejsce, które będąc w stolicy Japonii, odwiedzić należy koniecznie. W zasadzie nie ma chyba turysty, który by pominął ową atrakcję. Nie inaczej było i w  naszym przypadku. Jak wszędzie w Tokio, do Asakusy można dojechać metrem. Nie sposób nie znaleźć kierunku, w którym umiejscowiona jest świątynia, idą tam bowiem prawdziwe tłumy.

wtorek, 27 października 2015

Królestwo mechów w naszym Guangzhou, rozrywka 9D (!!!) i inne przaśne zabawy

Ostatnimi czasy blog nasz zdominowała Japonia. Jak wiecie, bardzo nas ta podróż ucieszyła i już szukamy dogodnego terminu, by polecieć tam jeszcze raz. Skoro tak bardzo interesuje Was Japonia, to czemu jesteście w Chinach? – można by było zapytać. Odpowiedź mogłaby być prosta: bo tu płacą nam dużo pieniążków za uczenie dzieci, a Japońce są bardziej wybredne i by tego nie robiły. Mogłaby być prosta, ale... NIE JEST. Do Chin przyjechałyśmy bowiem bardzo świadomie. Dodatkowo nie do pracy, a do szkoły... A było to tak....

Pewnego dnia, mieszkając chyba w czeskiej Pradze (to też był wielce wesoły okres w naszym życiu) stwierdziłyśmy - Jaranie się Japonią to jakieś piedalstwo! Każdy tak robi i my nie chcem. My będziem się jarać Chinami. Katarzyna, jako osoba skrajnie bojaźliwa, postanowiła zaczytać się w książkach i Internetach. Keczup natomiast czem prędzej zarezerwowała bilety do Chin, by wraz z siostrą udać się w sześciotygodniową tułaczkę po ludowej republice... Wróciła z nich z wielkim zapałem i tak też postanowiłyśmy zrobić wszystko, by się do owych Chin dostać. O tym jednak będzie jeszcze wpis szczegółowy. Ta notka zmierza bowiem w całkiem innym kierunku...

 Obecnie uważamy, że co prawda jaranie się Japonią to piedalstwo, ale jaranie się Chinami jest bardzo dziwne i niezrozumiałe... Coby nie rzec, idiotyczne!
Jak większość obcokrajowców mieszkających w Chinach, szukamy tu odrobiny normalności. Ta notka będzie troszkę o tym, jak tą normalność definiujemy...

Na początek krótkie wprowadzenie zdjęciowe - nasze gęby uczynione z nudów podczas czekania w metrze


niedziela, 25 października 2015

Być jak Lara Croft, czyli zwiedzamy Angkor Wat!


Każdy z Was słyszał o Angkor Wat. Może nie każdy interesował się nim naukowo, ale w Tomb Ridera  grał każdy. Każdy też oglądał Indianę Jonesa. Angkor Wat jest najcenniejszym zabytkiem Kambodży i jednym z najdonośniejszych zabytków na świecie. Marzenie o zobaczeniu Angkoru może wydawać się sztampowe, udają się tam bowiem wszyscy turyści przyjeżdżający do Kambodży, jak również jest to punkt bardzo wielu wycieczek do... Tajlandii, jednak - kto nie widział, niech nie mówi! 

niedziela, 18 października 2015

Zabytki naszego Guangzhou: Sun Yat-sen Memorial Hall. Zwiedzamy jak Chińczyki i wielki powrót butów ze szmato!

Nasze wspaniałe miasto Guangzhou, mimo że nie jest najciekawszym na świecie miejscem (i, umówmy się, nie za wiele ma zabytków), bywa jednak odwiedzane przez wielu obcokrajowców z uwagi na Targi Kantońskie. Postanowiłyśmy przygotować krótką serię o najciekawszych miejscach do odwiedzenia. Dzisiaj, w napływie dobrych chęci, postanowiłyśmy zwiedzić budynek poświęcony pamięci Sun Yat Sena. Jest to wspaniały rewolucjonista, uznawany za ojca nowoczesnych DEMOKRATYCZNYCH CHIN. Możecie sobie o nim poczytać nawet na polskiej Wikipedii

Sam budynek umieszczony jest w dość sporym parku. Dzielnica Yuexiu charakteryzuje się dość dużą dozą zieleni. Dojeżdżamy metrem linii 2 lub też autobusami np. BRT B3 (autobus pośpieszny, bardzo wygodny). Niezależnie od opcji transportowej wysiadamy w zasadzie przy bramie owego przybytku.

I naszym oczom objawia się taki oto, ciekawy budynek zbudowany na planie koła.



sobota, 17 października 2015

Park Yoyogi bez namiotu, mistyczna maczuga i rwanie łososia. Zwiedzanie Tokio.

Harajuku to nie tylko miejsce, gdzie można obkupić się jak szalony pajac. To również okolica, w której znajduje się słynny park Yoyogi. Oczywiście przed odwiedzeniem parku poszłyśmy się troszkę pobujać po dzielni, sprawdzić co nowego dają w "klozecie" (closet child - lolycki second hand) i ogółem znów zaczerpnąć nieco atmosfery. 

Park Yoyogi jest wspaniałą wyspą zieleni niezwykle popularną wśród mieszkańców Tokyo. Można tam przyjść na piknik, podziwiać zieleń, jak również przechadzać się dumnie w swoim cosplayu.
Spotykają się tam podobno nawet rockendrolowcy!

Do parku wchodzimy przez okazałą bramę tori. Nie jest to jedyna taka brama na terenie parku. 

niedziela, 11 października 2015

Idziemy do chińskiego salonu gier i jemy tost z lodami + KONKURS

Z wyjazdu do Japonii zostało nam jeszcze miliony materiałów na notki. Wiele wcześniejszych podróży czy też spotkań nie znalazło się jeszcze na naszym blogu, więc postanowiłyśmy nieco "wydzielać" ową Japonię i sobie i Wam;) Jednak nim przejdziemy do kolejnego wpisu chciałyśmy wszystkich zaprosić do naszej facebookowej loterii:


Jak wziąć w niej udział?
1. Polubić nasz profil na Facebooku
2. Udostępnić ową focię publicznie
3. Odpowiedzieć na proste pytanie: Co najbardziej chciałbyś/chciałabyś zobaczyć w Japonii. Prosimy o umieszczenie odpowiedzi pod tym zdjęciem.


Losowanie 14.10.2015 o godzinie 18 czasu polskiego

Życzymy wszystkim powodzenia w losowaniu <3

wtorek, 6 października 2015

The next station: Harajuku! Najbardziej kawaii ulica Japonii.

Tak, jak Akihabara jest mekką mango... fanów mangi i anime, tak istnieje również święte miejsce fanów japońskiej mody ulicznej. Narodziła się ona podobno na ulicach Tokio, a konkretnie w dzielnicy zwanej... Harajuku! Jest to więc miejsce, które odwiedzić pragnie każda lolita, czy też inny kolorowy pajac. Pomyślicie, że chcemy się tam wzruszać i rozpamiętywać czasy oldschoolu, a prawda jest taka, że.... jedzie się tam na ZAKUPY! No dobrze, może też obserwować ciekawie ubranych ludzi, ikony mody, próbować zaistnieć na zdjęciach fotografów z Tokyo Fashion, Kery, Gothic Lolita Bible czy też innych poczytnych stron czy gazet. Ale wszystko sprowadza się do jednego: Dziwnie się ubierasz, by iść na zakupy w miejscu, gdzie inni również dziwnie się ubrali, by móc iść na zakupy i kupić troszkę dziwnych ubrań, które konieczne są do tego, by móc w nich chodzić na zakupy. No tak, jest jeszcze chodzenie po kawiarniach, szwendanie się bez celu i poczucie partycypacji. Nie trzeba być nazbyt ironicznym.

Zacznijmy więc naszą przygodę!

Okej, jesteśmy ułomami i znalezienie nasławniejszej ulicy, Takeshita Dori, zajęło nam trochę czasu. Na swoje usprawiedliwienie dodamy, że po drodze mijałyśmy wiele uliczek, a każda podpisana była jako Harajuku Street, więc zagłębiałyśmy się to w tą, to w tamtą. Nie jechałyśmy też kolejką JRa na słynną stację Harajuku, z której to bezpośrednio wychodzi się na Takeshita Dori, ale zwyklutkim metrem, na który to miałyśmy zakupiony dzienny bilet po taniości. Ale takie nudne sprawy, to może na notkę praktyczną, bo.... taram taram taram: W końcu, oto jest!


niedziela, 4 października 2015

Dzień pod znakiem sumo oraz nieznane oblicze Akihabary. Ciąg dalszy zabaw w Japonii!



Odkąd Keczup wyczytała w naszej podręcznej książeczce Tokyo, że znajduje się tu stadion i muzeum sumo, cały czas bredziła o tej atrakcji.
- Trzeba jechać oglądać sumoków! Kiedy stadion?! - pytała wyjątkowo namolnie (prawie jak nasz pluszowy Dziobak).
Cóż było robić, jedziemy! Zaczęłyśmy oczywiście od pożywnej strawy w jednej z bud nieopodal naszego hostelu. Japończykom wyjątkowo do gustu przypadło curry (po japońsku KARI) i można je zjeść praktycznie wszędzie. Wspaniałe danie! Do tego zupka miso i woda gratis. W pierwszej chwili byłyśmy zszokowane, że woda jest ZIMNA (Chińczycy uważają zimą wodę za niezdrową i piją WRZĄTEK) i musimy się przyznać, że i nam wrzątek wydaje się lepszy...

piątek, 2 października 2015

Podróż do Japonii - szalona dzielnia Akihabara, Gundamy, maszyny i milion figurek!


Jak może wiecie (lub nie wiecie) kilka dni temu wróciłyśmy z wycieczki do Japonii. Tak, tak, nasze wieloletnie marzenie w końcu zostało spełnione! Nie była to długa wyprawa, bo raptem 9 dni, ale dobre i to... szczęście, że nie wyrzucili nas z pracy na takie hece (oczywiście był to wyjazd celem załatwiania spraw wizowych, hehe). Po kolei! Podróż przebiegła w miarę sprawnie, nikt nas nie okradł, a samolot nie zostawił, jedynie prawie odjechał nam bus na lotnisko (pierwszy raz w życiu czekałyśmy na metro 10 MINUT!!!), a potem samolot krzyczał LAST CALL (Chińczyki bowiem nie umieją się odprawić i zeszło im milion godzin). W końcu stopa nasza stanęła na japońskiej ziemi. Ach, jak tu czysto! Jak tu cicho! Jak tu pachnie! Nikt nie pluje, nie charczy, nie pali śmierdzących petów (możecie sobie dopowiedzieć różne obrzydlistwa, Chińczycy na pewno to czynią).

czwartek, 1 października 2015

Lolicka Moda w naszym Guangzhou, czyli GLUC Fashion Show

Witamy po długiej przerwie spowodowanej złośliwością chińskiego Internetu i... naszym wyjazdem do Japonii. Już wkrótce ukaże się seria notek poświęcona tej legendarnej już podróży, która uświadomiła nam jeszcze bardziej, że Chińczycy to są jednak (przepraszamy za to słowo) SWINIE. Standardy kulturalno-higieniczne Japonii przypadły nam do gustu znacznie mocniej niż charczenie, plucie i pchanie się w metrze (oraz niemycie się, tak tak... to też jest powszechne), toteż może być w najbliższym czasie dość gorzko o Chińczykach. 

Jako, że zdjęcia wreszcie się dodały, zapraszamy do fotorelacji z pokazu loliciej mody na chińskim, a jakże by inaczej, konwencie miłośników mangi i anime.

Założona, bodajże, w ubiegłym roku Gothic and Lolita Union of China bardzo silnie walczy o uznanie "chińskiej drogi" lolity. Na wspaniałym Tea Party (przeczytajcie o nim tutaj), głoszono, że lolita, to nie tylko Japonia i że Chinki też mają swój wkład w lolita fashion etc. Ciężko odmówić im racji, jak również prężności działań. Ale po kolei;)

Tym razem postanowiono uszanować lolity i dać im osobną przestrzeń. Dzięki temu stoiska lolicich firm prezentowały się schludnie i zebrane były w jednym miejscu. Miało to dodatkowy plus - nie trzeba było się obawiać szalonych fotografów, gdy człowiek przechadzał się po konwencie.

Stoisko Chess Story 

środa, 9 września 2015

Komunistyczny apel w chińskiej szkole - marsze i flaga na maszt!

apel w chińskiej szkole, chińska szkoła podstawowa, komunistyczna chińska szkoła, praca w szkole w Chinach

Nadszedł nowy rok szkolny, chińskie dzieci wdziały swoje mundurki - dresy i dziarsko ruszyły do szkoły. Oznaczało to koniec wylegiwania się w barłogu i konieczność pójścia do roboty, bardzo ciężka sprawa. Katarzyna postanowiła kontynuować swoją karierę pani przedszkolanki i dalej nosi wyjące dwulatki (no, niektóre może i skończyły już trzy!), natomiast Keczup powiedziała DOŚĆ! NIE dla zaryczanej dzieciarni, zasmarkanych nosów, ohydnych kleików i konieczności tulenia dzieci, FUJ FUJ FUJ! Dodajmy do tego konflikt z pracodawcą (prawie każda jest fucha kończyła się takim konfliktem) i niechęć do zbyt długiej pracy... Trzeba było szukać nowej posady! 

czwartek, 27 sierpnia 2015

Na co wydać swoją pensję? Podróżnicza łiszlista Kejk Laoszy.

Czy zastanawialiście się może, jakie miejsca na świecie chcielibyście zobaczyć najbardziej? Najbardziej do tego stopnia, by popłakać się, gdy to marzenie zostanie spełnione. Keczup należy do ludzi, którzy na swojej podróżniczej wishliście mają cały świat. Ja mam mam pewnego rodzaju nerwicę planowania, więc i marzyć muszę w taki właśnie sposób. I to w sposób bardzo uporządkowany. Post ów będzie więc moją osobistą wishlistą. Jej zarys powstał dość dawno, maleńka jej część już została zrealizowana, jednak porządek musi być i usuwać nie ma co!

Tak więc.... tadam tadam.... oto 10 miejsc, które chciałabym zobaczyć najmocniej na świecie!

PRZYZNAJĘ, ŻE WSZYSTKIE ZDJĘCIA ZNALAZŁAM W INTERNECIE! 

1. Machu Picchu (Peru). 


Kiedyś moje zainteresowania były znacznie mniej spójne niż teraz. Z jednej strony fascynowała mnie Azja, z drugiej Ameryka Południowa. Fascynacja tą drugą była zdecydowanie bardziej skonkretyzowana i przekładała się na moje zainteresowania naukowe. Jeszcze w połowie studiów pragnęłam wyjechać gdzieś do brazylijskiej dżungli. Machu Picchu wydaje się bardzo sztampowe. Szczególnie, jak na nr 1. Jednak to, że coś jest słynne, nie umniejsza, moim zdaniem, jego świetności. Peru jest dla mnie takim symbolem marzenia o przejechaniu Ameryki Południowej wzdłuż i wszerz, Kiedyś dodatkowo marzyłam, by... zrobić to konno.

2. Istambuł (Turcja)


Co prawda siły wyższe uchroniły mnie przed zostaniem historykiem lub archeologiem (nie mam pojęcia, dlaczego nie zrobiły tego samego, jeśli chodzi o kulturoznawstwo i etnologię...), jednak nadal pociągają mnie takie miejsca. Oczywiście chcę tam pojechać również dla podróży w czasie. Nie mniej jednak nie pragnę zobaczyć tylko pozostałości Bizancjum, czy imperium Osmańskiego. Życie w tak niesamowitym miejscu musi bardzo wpływać na współczesnych mieszkańców. To miasto tak wielu sprzeczności...

3. Tokio (Japonia)


Zazwyczaj to nr 1 na liście każdej lolity, czy mangozje... fana japońskiej popkultury. Nie mówię, że nie kierują mną takie pobudki. I takim właśnie rozrywkom będę się oddawać już niebawem, bo ten punkt wishlisty uda mi się zrealizować już... może lepie nie uprzedzać wydarzeń, bo ostatnio w kółko wszystko szlag trafia. Teraz mieszkam dużo bliżej Japonii, więc będzie i czas na wyjazd bardziej historyczny. Kioto może nie znajdzie swojego miejsca w top 10, ale to również miasto, które bardzo chciałabym zobaczyć.

4. Angkor Wat (Kambodża).



Gdy byłam mała nie interesowały mnie lalki, czy inne tego typu rzeczy. Najbardziej na świecie kochałam książki. Szczególnie książki o historii i starożytnych cywilizacjach, religiach etc. Na szczęście moi rodzice zadbali o to, bym miała ich pod dostatkiem. W tym roku udało mi się spełnić jedno z największych marzeń i zobaczyć Angkor Wat. Może nie było, jak na obrazkach... (co było nie tak przeczytacie już w kolejnej notce) jednak muszę przyznać, że to było uczucie porównywalne z tym, gdy pierwszy raz zobaczyłam morze. Szczegółowa relacja już w kolejnej notce z zimowej wyprawy!

5. Moskwa


Bo sobory, bo Lenin (tak tak... oglądanie martwych przywódców to bardzo interesująca atrakcja, kiedyś napiszemy o słynnej żółtej parówie, jaką widziałyśmy w Pekinie;), bo wizę wcale nie tak łatwo dostać. Bo wzywa Mateczka Rasija. Moskwa jest, moim zdaniem, jednym z najbardziej fascynujących miejsc na ziemi. Niestety też dość niebezpiecznym, jeśli się człowiek chce włóczyć bez celu. Ten podpunkt miałyśmy ekspresowo zrealizować wracając do Chin, jednak za sprawą panów złodziejów, plany się zmieniły. No cóż.. doba na Moskwę to za mało. Miesiąc na Moskwę to za mało. Pewnie i całe życie, byłoby za krótkie;)

6. Indonezja


W zasadzie o Indonezji nie trzeba powiedzieć nic więcej, niż to, że to raj na ziemi. No i gibony!

7. Iran


Starożytna Persja, ruiny Persepolis, kilkutysiącletnie zikurraty przysypane piaskiem, najpiękniejsze meczety na świecie (kawaii różowy meczet) i bardzo gościnni mieszkańcy kraju, który po prostu bardzo wiele wycierpiał. Ostatnio czytałam, że chcą bardziej otworzyć się na turystów. Więc pewnie trzeba się spieszyć...

8. Kijów


Tak naprawę nie o Kijów chodzi, a konkretnie o Ławre Peczerską. Zobaczenie jej było jednym z moich największych marzeń. I... pojechałam do Kijowa, by ją zobaczyć. Spędziłam tam kilka dni. Niestety przez zły wybór kołczserferki, która nie dość, że nie sprzątała po swoim kocie, który był do tego stopnia zdesperowany, że robił kupę do umywalki, to jeszcze była wybitnie antyklerykalna i nie rozumiała mojej czysto estetycznej potrzeby oglądania soborów... Ostatecznie w wielkiej pogoni udało mi się zobaczyć wszystko, oprócz wymarzonego monastyru... No cóż... Była to pierwsza Kahowo - Keczupowa podróż i jeszcze nie wiedziałyśmy, że nie można ufać kołczserferom.

9. Korea 



I południowa i północna. Najchętniej jedna po drugiej, żeby mieć porównanie. W zasadzie boję się tylko, że zupa z psa będzie obowiązkowa, a to rzecz, której zdecydowanie bym nie dała rady zjeść. Być w tym samym kraju, co chłopaki z Super Junior i inne koreańskie ped... śpiewaki... Tak. To by była zajawka. I oczywiście największy kosmetykowy szoping w życiu!

10. Chiny


Może to dziwne mieć na liście kraj, w którym się mieszka (i na dodatek aktualnie dość szczerze się go nienawidzi), ale nie chcę działać w myśl zasady: cudze chwalicie, swego nie znacie. Chiny to ogromny i bardzo różnorodny kraj. Fascynujący i pod względem kulturowym, i przyrodniczym. Marzy mi się coś, co Keczup zrobiła ze swoją siostrą (a ja wtedy uważałam za kompletne szaleństwo) - 6cio, a może 8mio tygodniowa podróż po Chinach. Prawie bez bagażu i może w sumie prawie bez pieniędzy. Tak, żeby poznać Chiny troszkę lepiej, niż z perspektywy wielkich miast.

Człowiek się tu produkuje i stara zmieścić w 10ciu i nagle patrzy na swojego Facebooka ze zlajkowanymi stronami z tanimi biletami i jednak serduszko pęka.... i chyba trzeba dodać punk 11.

11. CAŁA RESZTA ŚWIATA

A w kolejnej notce przeczytacie o tym, jak to być jak Lara Croft. ANGKOR WAT!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Turystyczna awangarda! - plażowanie, nurkowanie i obżarstwo w Kambodży

Hej ho! Awanturnicza wyprawa w nieznane powraca! Jak może pamiętacie z poprzedniej części wycieczki, hardo balowaliśmy w Phnom Penh (http://almostparadisse.blogspot.com/2015/06/kambodza-dzien-drugi-kawaii-krol.html). Zwiedzania było mnogo, nóżki boleli, a turystyczny duch powoli słabł. Początkowo mieliśmy zamiar wypocząć na tajskiej wyspie Koh Chang, ale większość zakrzyknęła: VETO! Chcemy plażować TERAZ! Po krótkim namyśle postanowiliśmy, Tajlandia to mainstream, znaczy ZŁO, idziemy pod prąd i jedziemy plażować na kambodżańskie wybrzeże!

Jak postanowili, tak też zrobili i następnego dnia o świcie wsiedliśmy w autobus do Sihanoukville, gdyż tam miał być najlepszy kurort w całej Kambodży! Pierwszym, co rzuciło się nam w oczy, był ten potężny baniak z kontrabandą (stawiamy na lokalny bimberek).

niedziela, 23 sierpnia 2015

Światowe życie! - urodziny Gavo, afrykańskie wesele i party w Hiltonie oraz dlaczego postanowiłyśmy zrezygnować z takich luksusów.


Być może pamiętacie naszą szaloną imprezę w Mariocie, gdzie po akceptowalnej jeszcze drogości napełniłyśmy cierpiące brzuchy jedzeniem normalnych ludzi (http://almostparadisse.blogspot.com/2015/05/o-tym-czy-polak-moze-zjesc-wiecej-od.html). Było to wydarzenie tak wspaniałe, że powrót do chińskiej rzeczywistości, głowy ryby, kury lub też kaczki bolał nas niezmiernie. Nasze znajome lolity miały chyba podobne spostrzeżenia, rozsmakowały się bowiem w chińskich gruponach tak bardzo, że co i rusz proponowały jakieś wyjścia, a to tysiąc kawałków sushi w wielkiej łodzi za jedyne pięć tysięcy juanów, a to wspaniała surowa ośmiornica czy inne obrzydlistwa prosto z morza. Opierałyśmy się długo, aż nadeszła okazja! Urodziny jednej z ziomalek, niejakiej Gavo. Mątwy i surowe raki zostały odrzucone (ku rozpaczy niektórych Chinek) i postanowiłyśmy udać się do... HILTONA!

piątek, 21 sierpnia 2015

Na co wydać swoją pensję? Podróżnicza łiszlista Kejk Laoszy.

Czy zastanawialiście się może, jakie miejsca na świecie chcielibyście zobaczyć najbardziej? Najbardziej do tego stopnia, by popłakać się, gdy to marzenie zostanie spełnione. Keczup należy do ludzi, którzy na swojej podróżniczej wishliście mają cały świat. Ja mam mam pewnego rodzaju nerwicę planowania, więc i marzyć muszę w taki właśnie sposób. I to w sposób bardzo uporządkowany. Post ów będzie więc moją osobistą wishlistą. Jej zarys powstał dość dawno, maleńka jej część już została zrealizowana, jednak porządek musi być i usuwać nie ma co!

Tak więc.... tadam tadam.... oto 10 miejsc, które chciałabym zobaczyć najmocniej na świecie!

PRZYZNAJĘ, ŻE WSZYSTKIE ZDJĘCIA ZNALAZŁAM W INTERNECIE! 

1. Machu Picchu (Peru). 

środa, 15 lipca 2015

Chińskie gry i zabawy z cyklu "Zostań transwestytą na jeden dzień", czyli Dzień Dziecka z perspektywy białego (a jakże!) nauczyciela


Od ostatniej notki minęło już trochę czasu, wstyd to i hańba. Na swoje usprawiedliwienie powiemy, że przełom czerwca i lipca to trudny czas dla każdego nauczyciela, a sprawy zawodowe komplikują się wybitnie. Miały być wakacje, a tymczasem Katarzyna chodzi hardo dzień w dzień do swoich ukochanych dwulatków (kupa w majtach zdarza się ostatnio co dzień), a Keczup nie zgodziła się jechać na obóz językowy na chińską prowincję, więc uskutecznia lenistwo z przerwami na pracę z nieco starszymi (DZIĘKI NIEBIOSOM) dziećmi. 


Dość już narzekania, czas na nowy wpis o obchodach DNIA DZIECKA! Tym razem o życiu chińskiego przedszkola opowie ticzer Keczup!

sobota, 20 czerwca 2015

Kambodża dzień drugi - kawaii król, Czerwoni Khmerzy, bagietka z lodami i wściekły słoń!

Jeśli czytaliście już notkę o świątynnym party ze świniakiem, to wiecie już, że kolejny naszym przystankiem była Kambodża (jeśli nie wiecie, to koniecznie nadróbcie tutaj). 
Jako, że czasu było niewiele, a Pan Toma został już najęty, postanowiliśmy dziarsko zwiedzić najciekawsze atrakcje Phnom Penh. 

Podróż owa pozwoliła nam odkryć bardzo fascynującą postać, a mianowicie Miłościwie Kambodży Panującego Króla o jakże majestatycznym imieniu Norodom Sihamoni (jego oficjalny tytuł to Preah Karuna Preah Bat Sâmdach Preah Bâromneath Norodom Sihamoni Preah Mohaksat Nai Preah Reacheanachak Kampuchea). Jest to wyjątkowo kawaii król. Jako jedyny z panujących władców mówi... po czesku. Studiował taniec i reżyserię (to drugie podobno w KOREI PÓŁNOCNEJ). Zajmował się on nauczaniem baletu we Francji, a także walczył o uznanie wspaniałości khmerskich zabytków. Na dodatek, gdy objął władzę postanowił nie wydawać wielkiej biby koronacyjnej, by nie obciążać nadmiernie biednego kraju. Król idealny<3 Marzenie każdej kobiety, ALE...

His father Norodom Sihanouk has stated that Sihamoni "loves women as his sisters". Sihamoni has no children. (tak głosi wikipedia)

Przed zwiedzeniem pałacu królewskiego obowiązkowe kawaii fotki!