niedziela, 15 marca 2015

Co w Chinach boli nas najbardziej, spędza sen z powiek, a i czasem skłania do myśli o powrocie do ojczyzny? CHIŃSKA KUCHNIA! UWAGA, drastyczne zdjęcia!

Hej ho, hej ho! Dziś przerywamy na chwilę cykl notek o szalonych podróżach, albowiem musimy w końcu wyrzucić, co nam na sercu, wątrobie, a szczególnie ŻOŁĄDKU leży. Leży, BA! Zalega od półtora roku i niszczy nam trzewia! A jest to osławiona, wychwalana pod niebiosa i uznawana za jedną z lepszych na świecie... CHIŃSKA KUCHNIA!

Okej, wiemy, Chiny są duże. Byłyśmy i na północy i na południu i na wschodzie, a Keczup nawet i w Syczuanie tarzała się z pandusiami. W różnistych regionach królowały różniste potrawy, niektóre niezłe, niektóre pyszniutkie, a inne wstrętne i konsystencją przypominające nasze polskie flaczki, mniam. Niestety, z niewiadomych nam do końca powodów, postanowiłyśmy osiedlić się w naszym Guangzhou, zwanym również Kantonem. Przed przyjazdem czytałyśmy różne mądre rzeczy, z których wynikało - kantońska kuchnia jest wspaniała! A dzięki bliskości morza będziemy cieszyć się świeżutkimi rybami i owocami morza. Zwykłymi owocami też, a jak!

Srogo się zawiodłyśmy.

Ryby są, Z GŁOWĄ. I wnętrznościami. Owoce morza też. Tak świeże, że śmierdzą szlamem. Najlepiej przynieść je do domu jeszcze żywe, bo najświeższe (nasza współlokatorka Chinka kiedyś bawiła się z krabami, nawet urządziła im walkę, po czym radośnie wrzuciła je do wrzątku... nie, nie mieszkamy już z nią). Owoce w cenach około 10-20 zł za kilogram zawsze dostępne w markiecie za rogiem. O słodyczach można zapomnieć, chyba że ktoś lubi gluty z lotosa. Keczup zrezygnowała nawet z chipsów (jej potężne uzależnienie), bo smaki takie jak głowa ryby, kociołek ze świni czy zielony ogórek doprowadzają ją do rozpaczy.

Nie ma co się dalej rozwodzić... Mamy dowody! Keczup dnia pewnego, wracając z pracy, postanowiła rozejrzeć się w poszukiwaniu czegoś zjadliwego. Pracuje ona niestety w wyjątkowo paskudniej dzielnicy, zwanej Świńską Dzielnią, gdyż śmierdzi tam świnią, jeżdżą ciężarówki z załadowanymi na nie świniami lub panowie na motorynkach rozwożący świeżutką świninę. Jak łatwo się domyślić, spacer nie zaobfitował obiadem... A teraz patrzcie i radujcie się!

Kurczak z głową i pysznym dziobem, a po lewej słynna ryba z głową! Ceny bardzo atrakcyjne!



Kociołek z niezidentyfikowanymi ochłapami mięsa... czyżby świniny?


A tu potrawa wegetariańska! Różniste badyle we wspaniałej zupce.


Tak wygląda większość "restauracji" w świńskiej dzielni. Aż chce się wejść!


Skoro jesteśmy przy świninie - komu raciczki?


Świńskie nóżki, tłuściutkie i pyszniutkie!


Zupa z kurczęcia. W Chinach nic się nie marnuje.


A teraz przyjrzyjmy się temu zdjęciu jeszcze raz...


Mięsko, mięsko.... Ciekawe z czego? Z kością i wnętrznością?


Kolejny przykład lokalu gastronomicznego


UWAGA, poniższe zdjęcie jest DRASTYCZNE! Choć dla nas takie widoki są już chlebem powszednim i nie wywołują odruchu wymiotnego. Sprasowane podsuszane kaczki, oczywiście z głową. Po co komu chipsy, skoro można podryzać taką oto kaczusię przy filmie?


Słynna potrawa rybna. Gapi się!


I kolejny lokal gastronomiczny! Tylko dlaczego tak pusto?!


W tym momencie nastąpił moment załamania Keczupa. Proszę sobie wyobrazić, że prócz powyższych widoków, otaczał ją także świński smród oraz wszeobecny brud i śmieci walające się po ulicy. Na szczęście tuż obok metra uratowała ją cukiernia, gdzie zakupiła dwa tłuste, obsypane cukrem świdry i pożarła je w mgnieniu oka. Na koniec zdjęcie wspaniale podsumowujące wszystko, co na świńskiej dzielni się dzieje.


Jeśli gotowe jedzenie jest obrzydliwe, zawsze pozostaje własnoręczne gotowanie. A jakże! Jako, że Katarzyna LUBUJE się (fuj fuj) w tego typu zabawach, zarządziła dziarskie udanie się do Tesco. Tak! Mamy bowiem nasze swojskie Tesco z dyskontowymi produktami w biało niebieskich opakowaniach. W Tesco można kupić wszystko, czego... Chińczyk potrzebuje! Poczynając od takich oto szatańskich kurzych łapek...



... zgrabnie odrąbanych od takiej czarnej kuricy.


Mmmmm... można kupić nawet świeżutkie kłącza bananowca. Następnie należy sobie je obrać i mieć, tak (!), kolejny rodzaj wyśmienitej bulwy. Chiny bowiem bulwą stoją. Co prawda nasze polskie ziemniaki najczęściej mają ceny skandaliczne, nic to jednak, można zawsze zakupić inne wyśmienite korzenie. 


Obok zwyczajnego, prawie że swojskiego w tym gronie batata (występującego również w kolorze przerażającego różu, charakterystycznego dla buraca - koszmaru wszystkich dzieci), mamy taki oto piękny... korzeń. Tak. Tu czeka już poporcjowany i zachęcający do schrupania. Chiński jam. Katarzyna raz podobno jadła go i był smaczny, jednak własnoręczna próba upichcenia spełzła na niczym. Hmm... może dlatego, że był stary i nieco sparciały? W każdym bądź razie na naszej starej dzielni można było sobie taki jam kupić prościutko z ciężarówy. Chińczyki zatrzymywały się i kupowały. A jakże. 2 metry szczęścia!


Nasza wrodzona szczerość każe przyznać, że jednak udało nam się kupić coś jadalnego (głównie warzywa z przeceny) i triumfalnie powrócić do naszej nory. Przywiozłyśmy również zdobyczne NIEMIECKIE MLEKO w wyśmienitej cenie 6 zł za karton (idzie ku dobremu!)

 Okazało się, że nie tylko my mamy już serdecznie dość chińskiej kuchni. Dzięki dobroci naszej znajomej Ukrainki udało nam się zdobyć taką oto wspaniałą ZAKWASKĘ. Przy jej pomocy (no dobra, jeszcze grzejnik został użyty) udało się zamienić wstrętne mleko we wspaniały jogurt naturalny (NIE SŁODKI! - w Chinach jest to sprawa szokująca, chleb i jogurt zawsze winien być słodki) będący od owego dnia naszą podstawą wyżywienia. Jeszcze tylko 6kg spagetti z taobao i można codziennie jeść: makaron z grzybami, makaron ze szpinakiem, makaron z brokułami, a nawet... zwyczajne spagetti, gdyby miał ktoś dość śmietany!



Takoż prawdopodobnie przeżyjemy. Jednak należy pamiętać, by nie spuszczać gardy i nie opuszczać naszego bastionu. Nawet McDonald's może podstępnie zaatakować takimi lodami o smaku CZERWONEJ FASOLI.


Po powyższych, pięknych widokach wszystkim fanom życzymy smacznego obiadu!


AKTUALIZACJA 
Keczup nie wie, jak to sę stało, że przegapiła taki hicior i do tej pory jest w szoku. Dnia pewnego, jak co dzień krocząc świńską dzielnią, zauważyła to! Budę oferującą PSIE MIĘSIWO! Dla mnie wymagających dostępna także kózka, króliś i oczywiście kurica. Zmroziło to krew w jej żyłach, a świńska dzielnia jawi się teraz jako jeszcze bardziej świńska.




7 komentarzy:

  1. Nie za wiele psich knajp w Chinach, nie? Ja w Tajwanie praktycznie nigdzie nie mogłam żadnej znaleźć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, my w ciągu dwóch lat w Guangzhou (które słynie z dziwacznej kuchni) widziałyśmy tylko dwie. Aczkolwiek w Yunnanie odbywa się festiwal psiego mięsa, wielce kontrowersyjna rzecz (w sumie nie wiem, czy już tego nie zakazali, bo CHIŃCZYCY protestowali).

      Usuń
  2. Jak to nie ma dobrych chipsów? :O Jak żyć? Jak to nie ma słodyczy?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie ma i tyle! Ze znanych nam słodyczy są oreo i snikersy, reszta za miliony. Chipsy to już w ogóle dramat, smaki typu zielona herbata, ogórek, czekolada, głowa ryby czy glony... Choć ostatnio pojawiły się lejsy jogurtowe, które przypominają nieco nasze swojskie fromage. Idzie ku dobremu!

      Usuń
  3. oezu, długo bym tam nie wytrzymała :/
    Ale lody z czerwonej fasoli bym spróbowała (cóż poradzić, ze lubie XD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja, Keczup, nie znoszę czerwonej fasoli, ale te lody nawet mi smakowały! Katarzyna natomiast wypowiadała się o nich bardzo brzydko...

      Usuń
  4. Ale przecież u nas tez je się kurze łapki :) Moja babcia robi wyśmienite w galarecie. Naprawdę! Teraz bym tego nie zjadła ze względów, no, oporów wizualnych :D Ale za dzieciaka jadłam i było dobre. Nie wspomnę już o racicach i świńskiej głowiźnie -przecież Polacy to jedzą normalnie [ja nigdy! Więc nie wiem, jak smakuje :D].

    OdpowiedzUsuń