wtorek, 16 czerwca 2015

Konwent mangi i anime w Chinach, czyli jak to wygląda za granicą i gdzie jest goła klata Sasuke?!



Cieszyłyśmy się akurat trzema wolnymi dniami z okazji Święta Pracy, gdy uszu naszych doszły wieści o nadciągającym konwencie mangozje... to znaczy fanów mangi i anime. Początkowo nie byłyśmy zbyt chętne, bo odwiedziłyśmy takową atrakcję rok wcześniej i podobało nam się średnio. Dlaczego, zapytacie.

Ano tak:
- konwent to tak naprawdę wielkie targi, gdzie się kupuje, kupuje i jeszcze raz kupuje (acha, czasem się też je)
- brak jakichkolwiek atrakcji typu panele, pokazy czy spotkania z ciekawym człowiekiem
- brak porządnego cosplayu, niby jakiś tam mityczny jest (aczkolwiek nigdy nie widziałyśmy), cosplayerzy pałętają się po prostu po hali, a wszyscy robią im zdjęcia
- konieczność wydania pieniądza na wejściówkę (coś nam się jarzyło w umyśle, że w tamtym roku kosztowała 80 juanów, ale oczywiście zapamiętałyśmy źle)

Poza tym tego dnia od rana lało, lało tak, że za oknem było biało (uroki pory deszczowej), co średnio zachęcało do wyjścia z domu. Siedziałyśmy zatem w barłogu przez komputerami, jak zwykle zresztą, aż tu nagle... PRZESTAŁO PADAĆ! Zszokowane tym faktem, stwierdziłyśmy - trzeba iść! Choć wpaść na dwie godzinki, polansować się i zdobyć materiały na blogaska!
Pora była już nieco późnawa, naszykowałyśmy zatem stylówy w pół godziny (lichość ich była wielka) i  dawaj, do metra!

Oczywiście nie wiedziałyśmy, co i jak, ale na szczęście spotkałyśmy chińską lolitę, która postanowiła nam dopomóc. O naszym szczęściu wspominałyśmy tu --> http://almostparadisse.blogspot.sg/2015/05/o-tym-czy-polak-moze-zjesc-wiecej-od.html

Już w metrze powitała nas taka oto mistyczna brama do krainy KAWAII! Weszłyśmy hardo, gotowe na spotkanie z szalonymi chińskimi mangozje.... eeee, miłośnikami mangi i anime.


Od razu po wejściu trafiłyśmy na jaskinię gejmerstwa, gdzie rzesze nastoletnich chłopców hardo grały w mechy i nic więcej ich nie interesowało. Jak to powiada Keczup - są mechy, jest dobrze.


Następną atrakcją były... ROZGRYWKI LOLA! Trochę czasu już minęło odkąd byłyśmy prawdziwymi lolowcami, namiętnie oglądałyśmy mecze i kochałyśmy się w zawodnikach, ale to nic. Serca nasze podskoczyły z radości i chciałyśmy zostać oglądać! Niestety nasza nowa znajoma wydawała się być bardzo niezadowolona... Czyżby nie poważała lolowców?!


Tak to mniej więcej wyglądało. Miliony Chińczyków snuje się i kupuje. Koszulki po 10 juanów, dobra okazja!


Każdy znajdzie wymarzony gadżet po taniości.


Dostępne też było coś w rodzaju lucky packu. Płacisz 20 czy 30 juanów i dostajesz taką torbę wypełnioną po brzegi badziewem z ukochanej serii. Otwierasz i jest radość lub płacz, że nie trafił Ci się Sasuke z gołą klatą.


NIE POKAŻĘ KLATY!!!



Setki koszulek z każdą serią świata.


Specjalna aplikacja na telefon z kawaii dziewczynką. Czy to jakaś wariacja na temat tamagotchi?


Są i torby, co więcej bardzo w Chinach popularne. Młodzież hardo nosi do szkoły!


Pora na ukazanie naszych facjat! Wybrałyśmy sobie ściankę z kawaii Kaneki-kunem, choć ledwo zdzierżyłyśmy oglądanie jego przygód. Katarzyna bardzo chciała mieć zdjęcie ze swoim ulubionym bohaterem, ale niestety trochę ucięło mu głowę :/


Według nas stylówy te były naprawdę lichutkie, ale.. nie dla Chińczyków! Gdy tylko podeszłyśmy do tej lansiarskiej ścianki, nagle każdy chciał uczynić nam foto! Flesze błyskały, stałyśmy tam z głupawymi uśmiechami chyba z 10 minut, a widowisko nie miało końca. Potem nadszedł czas na wspólne zdjęcia z fanami. Próbka poniżej.


Keczup cierpliwie pozuje na ściance, Chińczyki w szale! Katarzyna dała nogę!


I wspólnie obczajanie, dopiero co wykonanych, ujęć.


Podczas, gdy Katarzyną z nową ziomalką o ksywie Baozi zniknęła za rogiem, Keczup zaczęła tracić cierpliwość. Niestety rzesze fanów spływały nieprzebranym ciągiem... Tego już było za wiele! Ryzykując lincz, zanurkowała w tłum i po chwili wynurzyła się pod takim banerkiem. Tak TAK! Była to strefa MECHÓW! <3



Tyle piękna w jednym miejscu! Nawet wystawa uzględniająca MISIA MECHA! Był nawet Chińczyk, który bawił się swoim mechem, schowany w kąciku. Niestety w strefie tej znajdowała się Keczup oraz dziesiątki nastoletnich chłopców, więc strach było zabawić dłużej.


Poszukiwania Katarzyny trwają. Gejmowcy dalej grają w mechy...


Lolowcy dalej grają w lola. Keczup miała chytry plan przysiąść i oglądać, ale nikt nie chciał grać szczurem zarazy, co ją zbulwersowało.


W końcu Katarzyna się odnalazła! Okazało się, że w międzyczasie została ona twarzą chińskich perfum o nazwie LOLITA i wzięła udział w szybciutkiej sesji zdjęciowej. SZOK!

Trochę już byłyśmy zmęczone ciągłym pozowaniem, postanowiłyśmy dla odmiany obfotografować kosplejerów! Obowiązkowa atrakcja każdego konwentu!

Na początek kawaii dziewczynki.


I jeszcze jeden kawaii team!


I posępne wojowniki!


Nagle ktoś zaczął nas nawoływać. Cóż to się okazało? Kosplejerska ekipa bardzo chciała mieć focie z nami! No problemo!
Proszę zwrócić uwagę, że na poniższym zdjęciu Keczup wygląda jak najprawdziwszy Chińczyk! W sumie w Chinach często jest ona brana za swojego, najczęściej pół-Chińczyka lub tak zwanego Chińczyka z Zachodu, który wrócił na łono macierzy poznawać obyczaj i język. Jest to o tyle dziwne, że mieszkając w Polsce, nigdy nie dopatrzyła się ona w sobie żadnej azjatyckości (no, może ociupinkę).


Za to Katarzyna nikogo nie oszuka! ROSJANKA! - tak każden jeden Chińczyk wykrzykuje na jej widok. Ewentualnie TY, PATRZ! OBCOKRAJOWIEC!


Oświetlenie w halach było niestety tragiczne, a większość naszych zdjęć wyszła prześwietlona, rozmazana, ciemna lub ogółem do kitu. Baozi hardo kazała pozować z KAŻDĄ lolitą spotkaną na konwencie, wobec tego mamy milion ujęć tego typu, ale tylko to nadaje się do publikacji :/
Na reszcie wyglądamy jak obwiesie lub nie widać nas wcale.

LICHOŚĆ!


Ale cóż to?! To już z półtorej godziny minęło, jak łazimy po halach i stoiskach, uskuteczniając lansy. Chłopiec Baozi oznajmił hardo: JEŚĆ! Każdy Chińczyk jest bowiem głodny średnio co godzinę i musi przekąsić jakąś pyszność w rodzaju kurzej łapeczki, kuleczki rybnej z przemiału lub słodziutkiej bułeczki z parówką. Postawa chłopca była harda, ruszyliśmy więc do ogromnej strefy jedzeniowej. Czegóż tam nie było! I różnego typu mięsiwa i parówka na patyku i inne niezidentyfikowane smakowitości.




Znalazłyśmy mini stoisko kociej kawiarni, którą odwiedziłyśmy kilka notek wcześniej. Serwowali mini porcje swoich dań i lansowali się na uprzejme gęby psów-wilców.


Jest i nasz ulubiony słoń Ganesha, który stał się naszym przyjacielem w Kambodży. Keczup bardzo żałuje, że nie zdobyła kawaii kubeczka z Ganesią jedzącym kulki rybne.


Wata cukrowa!


Konwent zbliżał się ku końcowi, tak więc ostatnie pożegnalne foteczki. Proszę zwrócić uwagę na szerokość nóg postaci po prawej. Przerażające!


Kawaii dziewczynki mówią bai bai!


Szalony cosplayer!



Na koniec bonusowe foto. Kiedy od 10 minut pozowałyśmy niestrudzenie, siląc się na wesoły uśmiech i wdzięk, Katarzyna znienacka uniosła aparat i uczyniła to oto zdjęcie. Ku uciesze gawiedzi, oczywiście! Taka to już niestety jest rola białego człowieka w kraju żółtego człowieka - być pajacem po wsze czasy!



3 komentarze:

  1. Jejku, te cosplaye z Love Live <3 Aż chciałabym tam być
    I... zazdroszczę Wam, że robili te zdjęcia. Taka namiastka sławy xd Tak, mam parcie na szkło.
    Wasze stylizacje skromne, ale urocze :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Mimo wszystko, ta notka nie przeraża przed wyjazdem do Chin, bo jednak sympatyczni są ci opisani Chińczycy :D

    OdpowiedzUsuń