środa, 9 września 2015

Z cyklu ciężkie życie nauczyciela - Keczup odkrywa komunistyczne oblicze Chin

Nadszedł nowy rok szkolny, chińskie dzieci wdziały swoje mundurki - dresy i dziarsko ruszyły do szkoły. Oznaczało to koniec wylegiwania się w barłogu i konieczność pójścia do roboty, bardzo ciężka sprawa. Katarzyna postanowiła kontynuować swoją karierę pani przedszkolanki i dalej nosi wyjące dwulatki (no, niektóre może i skończyły już trzy!), natomiast Keczup powiedziała DOŚĆ! NIE dla zaryczanej dzieciarni, zasmarkanych nosów, ohydnych kleików i konieczności tulenia dzieci, FUJ FUJ FUJ! Dodajmy do tego konflikt z pracodawcą (prawie każda jest fucha kończyła się takim konfliktem) i niechęć do zbyt długiej pracy... Trzeba było szukać nowej posady! Okazja nadarzyła się już niebawem, gdy jeden z agentów wynalazł szkołę podstawową, szukającą nauczyciela NA JUŻ. Pisałyśmy, że praca w szkole podstawowej to hardkor, ale Keczup postanowiła zaryzykować, bo oferowana płaca była więcej niż godna i miała już serdecznie dość pędractwa wskakującego jej na plecy (jak łatwo zauważyć, nie lubi ona dzieci).

Pierwszy dzień w pracy minął spokojnie, nie licząc 40-osobowych klas, bijących się chłopców, płaczu za mamą i jednego spryciarza, który wsadził sobie coś do oka i trzeba było go ratować. Drugiego dnia natomiast od rana szykowało się COŚ! Zaczęło się od szkolnych wojaków, formujących się na placu (nie jesteśmy pewne, czy są oni z jakiejś specjalnej klasy wojskowej czy może z młodych pionierów). Maszerowali raźno i pokrzykiwali bojowo.