środa, 2 marca 2016

Chińczyki kradną - smutna historia (prawie)raju utraconego. Coś o bezpieczeństwie w Chinach.


W notce o podsumowaniu ubiegłego roku i postanowieniach na rok 2016 klik klik klik wspominałyśmy, że przed naszym wyjazdem do Polski na wakacje zdarzyło się coś, co ostatecznie przelało czarę goryczy. Nadszedł czas by opowiedzieć, co się stało. Pisanie po czasie nie oddaje wszystkich emocji, więc przeklejamy post, który pojawił się na naszym Facebooku tego dnia:

Jeśli uważacie się za ludzi pechowych, a Wasz dzień za haniebny i nieudany, pocieszymy Was i opowiemy historię. Jak niektórzy może wiedzą, wczoraj miałyśmy lot do Polski. Utęskniony, wypatrywany od miesięcy wyjazd. Już już wyobrażałyśmy sobie ciepły, pachnący chlebek, na nim seruś i inne dobra. Katarzyna miała całować polską ziemię pierwszy raz od 2 lat! Pakowanie, sprzątanie i wybieranie się rozpoczęłyśmy 2 dni wcześniej, wszystko było gotowe, walizy 3 x 23 kg + 2 x 10 kg zniesione na naszych ręcach z ósmego piętra, taxi złapane i jedziem na dworzec autobusowy (lot miał być z Hong Kongu, zatem trzeba było jechać autobusem z Guangzhou jakieś 3 czy 4 godziny). Pan taksówkarz oczywiście nas oszukał i policzył sobie za kurs dwukrotnie (było przed 5 rano), wyrzucił nasze bagaże i odjechał. Ciemno, cicho, ludzi brak. Zaczęłyśmy grupować bagaże i ustawiać w zgrabną kupkę, gdy nagle zaroiło się obok nas od Chińczyków na rowerach.
- Durne jakieś te Chińczyki. O 5 rano jeżdża dla rozrywki na rowerach?! - stwierdziłyśmy. I nagle jeden z owych Chińczyków podjechał i UKRADŁ TOREBKĘ! -ZŁODZIEJ! - zakrzyknęłyśmy ze zgrozą. Katarzyna wykazała się wyśmienitym refleksem, rzuciła się na złodzieja, złapała go wpół i zaczęła szarpać, krzycząc przy tym wulgarne słowa po polsku. Chłop był zszokowany. Próbował się wyrwać, lecz Katarzyna dalej hardo lała go pięścią. Keczup Karol rzuciła się do pomocy. Wstrętny złodziej wyrzucił torebkę za siebie i począł uciekać. Lecz nagle pojawił się kolejny ohydny Chińczyk (ogółem było ich chyba z sześciu, otoczyli nas, wszystko działo się tak szybko, że średnio ogarniałyśmy).- MA DRUGĄ! - zgroza nasza była jeszcze większa.Zaczęłyśmy biec, ile sił w nogach. Szok nasz był olbrzymi i nie chciało nam się wierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nagle uświadomiłyśmy sobie pewną STRASZLIWĄ rzecz.- RESZTA BAGAŻY! Keczup Karol zawróciła w ich stronę. Gdy dobiegła, okazało się, że był to ostatni moment na ratunek, plecak został już nadszarpnięty, a złodziej usiłował zabrać reklamówkę ze skarpetami Katarzyny. Nie wiedział na szczęście, że nieco dalej w tym plecaku znajdują się dwa laptopy, w tym jeden nowiutki macbook air + nasz wierny przyjaciel chiński komputer. Katarzyny nie ma. I nie ma... I nie ma. Keczup już już miała w wyobraźni obraz, jak dostaje od złodziei w łeb i leży w rynsztoku, lecz nagle usłyszała płacz dobiegający z oddali. Zbliżała się Katarzyna, niosąc jedną torebkę. TAK, oczywiście jej torba odjechała w siną dal, a w niej PASZPORT, portfel, telefon, karta kredytowa jak i do metra, aparat, klucze i inne potrzebne w życiu przedmioty. Szczęśliwie w ostatniej chwili nie trafił tam też tablet za miliony. Chińskie policjanty spotkane przez nią po drodze nawet nie pokwapiły się, by ścigać złodziej, stwierdzili że sześciu to bardzo dużo osób i machnęli ręka. Katarzyna wpadła w histerię, krzyczała "Keczupie, zostaw mnie! JEDŹ!", jednocześnie twierdząc, że się zabije. Autobus na lotnisko odjechał. Przyjechały policjanty radiowozem, głównie interesowało ich to, ile pieniędzy było w torebce. Mówiłyśmy im milion razy, że był tam PASZPORT, mamy dziś LOT DO POLSKI, ale nie ogarniali i pytali, czy mamy bilet oraz pocieszali, że za godzinę będzie kolejny autobus. Pojechałyśmy na komisariat złożyć zeznania, szukałyśmy porzuconej torebki, nie znalazłyśmy, wróciłyśmy do domu, wniosłyśmy bagaże w ilości 23 kg x 3 + 10 kg x 2 na ósme piętro na własnych ręcach. Załamałyśmy się, myśląc o tej kiełbasce czekającej na nas w domach. Chciałyśmy natychmiast kupować bilet w jedną stronę i opuścić Chiny RAZ NA ZAWSZE. Przypomniałyśmy sobie, jak włamali się nam do mieszkania, Keczupowi ukradli telefon, Katarzynie rower, milion razy oszukali nas w pracy, Keczupowi wiszą kasę za robotę ze stycznia oraz wielokrotnie wyrzucili ją z pracy bez powodu, krótko mówiąc NIENAWIDZIMY CHIŃCZYKÓW. No dobra, wstałyśmy i ruszyłyśmy w drogę. Konsulat, zdjęcia, załatwianie paszportu tymczasowego, wizyta na lotnisku w biurze aeroflotu (nie, nie można zmienić daty, nie, nie można zrefundować, nie możecie wykorzystać biletu powrotnego, bo nie, kupcie sobie nowy bilet, oddamy Wam za podatki), wizyta w biurze imigracyjnym po nową wizę i takie tam. W międzyczasie w mieszkaniu ODCIĘLI NAM PRĄD, bo właściciel nie zapłacił rachunku. Tak, prawie dwa dni bez światła, KLIMY (klimat subtropikalny), lodówki, INTERNETU (z rodzinami rozmawiałyśmy, siedząc w makdonaldzie). W tej chwili mamy już nowe bilety, jesteśmy WKU*WIONE na maxa, NIENAWIDZIMY Chińczyków i mamy ochotę ich lać piąchą po mordach oraz podjęłyśmy decyzję o powrocie z emigracji do Polski. W skrócie - MAMY JUŻ TEGO DOŚĆ!
Jesteśmy bardzo wdzięczne za pomoc koledze Andrzejowi W., który ogromnie nam pomógł, Polskiemu Konsulatowi w Kantonie oraz naszym rodzinom, które dały nam kas na powrót i całowanie polskiej ziemi. NIE dziękujemy aeroflotowi, który jest MENDĄ i złodziejom, którzy są CH*JAMI. Udławcie się tą torebką z portfelem z 20 juanami, tanim aparatem i jeszcze tańszym telefonem, straciłyśmy przez was TYSIĄCE ZŁOTYCH i WIARĘ W CHIŃCZYKA!

Po czasie i przemyśleniu całej sytuacji stwierdzamy, że mogło być gorzej. Taksówkarz był bowiem najprawdopodobniej w zmowie z gangiem rowerzystów. Do kogo mógł dzwonić po kantońsku o 4:30? Dodatkowo rozłożył nasze bagaże po całej ulicy. Z różnych stron samochodu, tak, że musiałyśmy je zbierać. Co ciekawe, gdy tylko przyjechałyśmy na miejsce, podjechała kolejna taksówka, która czekała 10 metrów od miejsca zdarzenia. O 5? I taksówkarz nie pomógł nam oczywiście, natomiast gdy wreszcie przyjechali policjanci, samochód odjechał. Po dłuższej chwili stania tam, bez żadnego pasażera. Czyli z dużym prawdopodobieństwem był to kolejny członek gangu, który miał za zadanie spakować resztę naszych rzeczy. Może mamy paranoję, jednak to, jak szybko odjechał... no cóż... teraz już się nie dowiemy.

Jak wiecie, ostatecznie wróciłyśmy do Chin, jednak nowe bilety, nowy paszport, telefon, aparat.. Wszystko to kosztowało baaardzo dużo pieniążków. Mimo, że miałam tymczasowy paszport z Konsulatu, to potraktowali mnie jak człowieka, co paszport zgubił... 420 zł, zdjęcia, nowa wiza. Najgorsze oczywiście były bilety: kupowane na szybko - 8 tysięcy złotych.

Wspaniałe zdjęcie uczynione pod jedną ze stacji metra w centrum miasta. Jak myślicie? Ktoś zostawił swoją torbę, czy też została ona porzucona?



Jedna jaskółka wiosny nie czyni, a jedno kradziejstwo nie uzasadnia tytułu notki. Trzeba więc lojalnie powiedzieć Wam, o pozostałych nieprzyjemnościach...

1. Gdy jeszcze studiowałyśmy na chińskim uniwersytecie, byłyśmy biednymi ludźmi, ale bardzo chciałyśmy kupić sobie nowy aparat (właściwie po prostu aparat, bo niczego za bardzo nie posiadałyśmy). Na taobao zdarzają się dobre promocje, więc znalazłyśmy niezły sprzęt Nikona za 500 zł (przeceniony z 1000, tyle kosztował też wtedy w Polsce). Bardzo wesoło go zakupiłyśmy ciesząc się jak durne. 




Robił piękne zdjęcia, bardzo szybko i na dodatek, choć lustrzanką nie był, to wyglądał bardzo pro. Tego dnia wybrałyśmy się na jakąś imprezę (tak, byłyśmy wtedy mniej zdziadziałe), z której to wróciłyśmy około 3 w nocy, był to piątek, więc nawet student mógł sobie pozwolić. Nasza współlokatorka Chinka miała wtedy silną zajawkę na bieganie, więc wstała o 6, coby zdążyć przed upałem i... Nagle przychodzi do naszego pokoju z krzykiem:
- Nie ma mojego afjona! Drzwi są uchylone! Chyba było włamanie!
Zaspane nie ogarniałyśmy na początku, o co chodzi, jednak wszystko brzmiało poważnie, więc trzeba było wstać i sprawdzić. Rzeczywiście drzwi były uchylone, ale żadnych śladów włamania. Wyglądało, jakby ktoś zwyczajnie otworzył drzwi (co jest niemożliwe, bo to drzwi zatrzaskujące się od zewnątrz) i nie zamknął ich wychodząc.
- Nie ma mojego komputera - krzyczała Sundae - Jak włamywacz go znalazł? - pytała zadziwiona.
To prawda, jej pokój wyglądał zawsze jak pobojowisko, a komputera trzeba było szukać gdzieś na podłodze pod stertą ubrań, śmieci i kosmetyków. Nie był on na szczęście wiele wart, w przeciwieństwie do ajfona...
- Ale czy złodziej był u nas?!
Sprawdzamy, czy wszystko jest. Telefony ukryte pod poduszkami: są. Chiński komputer Katarzyny, gdzieś położony nie na widoku. Jest. Macbook Keczupasa? Na szczęście został odwrócony do góry nogami, coby ochłonął, a później zapomniany i leżały na nim gazety. Jest. NOWIUTKI APARAT? NIE MA APARATU! Toż tu był położony. Na biurku. O nie... nie ma aparatu....
Szkoda, bo wtedy 500 zł  to było dla nas dużo pieniędzy (nadal jest, nie oszukujmy się, zarobki nie zmieniają aż tak bardzo wagi pieniądza), ale nie to w tym było najgorsze. Biurko stało bezpośrednio za łóżkiem. Złodziej przeszedł obok nas, gdy spałyśmy i spokojnie zabrał sobie pięknie wyglądający aparat, którym cieszyłyśmy się tydzień. Mógł nas przecież pozabijać, czy coś. To wszystko naprawdę nas przeraziło i mimo zmany zamków, śledztwa policji etc, czułyśmy się bardzo zagrożone... Najgorsze miało dopiero przyjść...
W kolejny piątek również byłyśmy na imprezie (tak... człowiek był jednak całkiem inny, gdy studiował) i po raz kolejny wróciłyśmy o 3. Chinka jak zwykle poszła biegać o 6. A o 8 rano obudziła nas policja. Okazało się, że tym razem okradli sąsiadów z naprzeciwka. Drzwi w drzwi. I Chinka widziała uchylone drzwi, ale myślała, że gorąco im było, bo to małe mieszkanko bez klimatyzacji. DOKŁADNIE TYDZIEŃ PÓŹNIEJ. W TYCH SAMYCH GODZINACH. Zabrali ajfona i macbooka...

2. To nawet nie historia, a goły fakt. Keczupowi w metrze ukradli telefon. Nic ciekawego. Po prostu go nie było. A Keczup to uważny człek.

3. Koleżanka nasza w podzięce kupiła nam kiedyś rowery, którymi to miałyśmy jeździć. Nie były to jakieś drogie rowery, wybrałyśmy po prostu tanioszkę na taobao, bo daleko było do metra, więc miało być to wspaniałe rozwiązanie. Pierwszy raz pojechałyśmy razem owymi rowerami do pracy. Wieczorem jej rower był, mojego nie. Mimo, że przypięłyśmy je tak samo i w tym samym miejscu. No nic, musiałam ja, Katarzyna, zakupić nowy rower. Co ciekawe, po przeprowadzce nie używałyśmy tych rowerów. Stały najpierw na klatce, a później ktoś je wystawił przed blok. Pewnego dnia zniknął jeden z rowerów. No cóż... machnęłyśmy ręką. Toż zapięcie było więcej warte. Następnego dnia zniknęły pozostałe dwa...




4. Jak już o rowerach jest, to kontynuujmy ten wątek przez chwilę. Koleżanka, która w Chinach studiowała, a później pracowała, mieszkała tu 4 lata. W tym czasie miała... 7 rowerów. Drogich, tanich, dobrych, bylejakich. Mieszkając na kampusie i w wynajętym mieszkaniu. No cóż...

5. Nadal o rowerach. Pewnego dnia kolega nasz Andrzej wychodzi z knajpy i wraz z koleżanką patrzą, a tu jakiś ziom gmera przy ich rowerach. Były one przypięte pod latarnią, na której była umieszczona kamera, wokół tłum ludzi, jedna z głównych ulic.
- Ej, co on tam robi?
- Kradnie nam chyba rowery!
Zaczęli krzyczeć i ziom uciekł. Zapięcie było już rozpracowane.

6. Teraz wesoła historia pewnego nauczyciela angielskiego. Kiedyś, gdy jadł w MacDonaldzie, ktoś sprytnie podwędził mu cały plecak. Na szczęście portfel i dokumenty miał przy sobie, a w plecaku były jedynie... puste butelki po Coca Coli, które służyły mu jako kręgle. Skończył on bowiem przed chwilką lekcje. HA! TAKIEGO WAŁA MACIE WSTRĘTNI CHINOLE! NICI ZE WZBOGACENIA SIĘ KOSZTEM BIAŁASA!

7. Innym razem ten sam chłopiec jadł lunch w IKEI. Wcześniej kupił sobie czekoladę i zawiesił ją na krzesełku. 6 tabliczek mu podpierniczyli! No cóż... nie zostawia się czekolady tyłem do siebie, a przodem do wroga!

8. Kolega nasz wracał pociągiem z Hong Kongu. Zapłacił bodajże za obiad, zjadł i przysnęło mu się. Portfel został na stoliku. Jak myślicie? Gdzie był, gdy kolega nasz się przebudził? Ano właśnie... W kieszeni nieznanego Chińczyka. Nikogo to w sumie nie zdziwiło. Czy to normalne, że myślimy, że skoro Chińczyk widzi portfel, to nie może się powstrzymać?!

9. I na koniec historia chyba z tego wszyskiego najgorsza... Wraz z pewną Panią Chinką z dołu dokarmiamy bezdomne kotki. Najpierw był jeden, kulawy kot, później pojawiły się inne, które żyją w naszej okolicy i jakoś tak jest. Karmę zostawiamy na dole w specjalnej reklamóweczce, żeby łatwo było sypać zwierzątkom. Pewnego razu kupiłyśmy wyjątkowo atrakcyjne paszteciki i nie rozpakowując ich (błąd, zazwyczaj przesupujemy karmę do mniejszego pojemniczka) wrzuciłyśmy do reklamówki. Tej tu oto (nie wiemy, czemu to zdjęcie jest takiej jakości:/):

 

Kolejnego dnia nie było całej paczki. Pytałyśmy panią dokarmiającą i nic ona o tym nie wie... Ktoś zabrał karmę do domu. Dla swoich kotów. Serio. Czy moglibyście okraść takiego kotka.....? 



PS. Wiemy, że w Polsce, czy gdzie indziej na świecie również, też się kradnie, jednak... nigdy nie spotkało nas tyle nieprzyjemności, ani nawet nie słyszałyśmy o takim nasileniu historii z dreszczykiem. W związku z tym uprzedzamy komentarze zarzucające nam niesprawiedliwe generalizacje. Mamy też chyba troszkę paranoje, bo gdy tylko ktoś do nas podchodzi, jest tłok, albo i jaki rowerzysta, to wydaje nam się, że to spisek w celu okradnięcia nas. Zważywszy na to, że Chińczyków jest zawsze pełno - żyjemy w ciągłym napięciu.

10 komentarzy:

  1. Cóż, powiem szczerze, że zastanowię się kilka razy nim zdecyduję się na wolontariat lub wyjazd z uczelni do Chin.
    A teraz pocieszę się, że w Japonii, gdzie jadę już drugi raz (teraz na 8 miesięcy) nie ma takich atrakcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porównując Chiny do Japonii, zawsze wygrywa Japonia! Wolontariat nie opłaca się w ogóle, bo zazwyczaj Chińczycy za Twoją (darmową) pracę pobierają dla siebie pieniądze. Chiny są fajne na krótki wyjazd, ale życie tu wydaje nam się coraz straszniejsze...

      Usuń
  2. Jejku, naprawdę mi przykro. Nie wyobrażam sobie, jak mogłyście się czuć. Sześciu mężczyzn na dwie kobiety? Naprawdę, gratuluję męskości. I Wam gratuluję odwagi, bo ja bym siadła i płakała T^T. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mi wszedł do mieszkania. To jest chyba najgorsze, jak traci się poczucie bezpieczeństwa w miejscu, które powinno być dla nas oazą.
    Tyle kradzieży, albo macie wyjątkowego pecha, albo Chińczyki rzeczywiście kradną, a białych uważają za łatwy łup.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Katarzyna siadła i płakała i chciała się zabijać TU I TERAZ! Niestety, ale kradzieże dotykają nie tylko nas, a praktycznie każdy znajomy miał jakąś przygodę ze złodziejstwem lub oszustwem, co odpowiednio świadczy o Chińczykach. Uważają oni, że biały człek jest obrzydliwie bogaty, więc można go okradać... Bez komentarza.

      Usuń
  3. O ludzie, straszne historie! Ale przeżycia;( A my sobie już 3 lata żyjemy w Tajlandii jak u Pana Boga za piecem i nawet rowerów nie zapinamy. Przyjeżdżajcie do Tajlandii ;-) Tylko nie pchać się na turystyczne wyspy, najfajniej się żyje na prowincji ;-) Pozdrawiamy
    Rajscy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochamy Tajlandię! 5 dni temu wróciłyśmy z Chiang Mai i łza się w oku kręci na wspomnienie, jak było wspaniale i jakie wyśmienite jedzenie! W Chinach to szkoda gadać... Na razie wracamy do ojczyzny, a potem kto wie :) Pozdrawiamy!

      Usuń
  4. O jejku, coś strasznego! Chyba nie mogłabym mieszkać w Chinach, haha. Może kiedyś po prostu pojadę tam na wycieczkę ^^ Życzę, by takie sytuacje już Wam się nie powtórzyły, a jeśli nawet, to nie tak dużo razy~
    Pozdrawiam cieplutko, Senshi ♥

    oczami-w-korei.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy! Chiny na wycieczkę są rzeczywiście super, ale mieszkanie tu każdego doprowadza do rozpaczy. Niebawem wracamy do Polski, odliczamy już dni i bardzo pragniemy, żeby do tego czasu nikt nas nie okradł ani nie przytrafiła się żadna choroba :)

      Usuń
  5. Bardzo mi przykro dziewczyny :( Dobrze, że nic Wam się nie stało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę powiedziawsz dopiero po jakimś czasie ogarnęłyśmy, że mogło to być niebezpieczne

      Usuń