środa, 27 kwietnia 2016

Kolejna awantura w Wietnamie - Góry Marmurowe, pierwszy raz na skuterze oraz pierwszy wypadek na skuterze.




Jak pamiętacie może z poprzedniej notki, jesteśmy obecnie w Wietnamie Środkowym, a dokładnie z milusim i urokliwym Hoi An --> klik klik
Dnia następnego mieliśmy się wybrać na wycieczkę w Góry Marmurowe, znajdujące się nieopodal i będące podobno wspaniałą atrakcją. W tym celu zaplanowaliśmy powstanie rano, szybkie wyszykowanie się, śniadanie i dawaj w drogę? Czy się udało? A jak myślicie?
Prawda jest brutalna. Bakpakierka to ciężki kawałek chleba i w którymś momencie pojawia się sprzeciw. NIE! Nie będziem już wstawać o świcie! Nie będziem już spać w najgorszych i najtańszych norach! Nie będziem już latać z wywieszonym ozorem i oglądać każej jednej wspaniałości! NIE I NIE!
Tak się właśnie niestety stało... Nie straciliśmy oczywiście humoru i udaliśmy się na śniadanie. Restauracji oraz bud ulicznych było wielce mnogo, ale nam szczególnie spodobała się niewielka knajpka o uroczej nazwie Bo Bo Cafe. Ledwie przekroczyliśmy próg, a powitała nas polska flaga i poniższy apel!




Tuż obok kolejny!



Usłuchaliśmy porad rodaków, rozsiedliśmy się wygodnie i zaczęliśmy konsumować! Jadło rzeczywiście wspaniałe! Podczas konsumpcji radziliśmy, co robić (późno już było okrutnie) i zapadła decyzja. Nie ma co lamentować! Brać skutery i jechać! Jako, że w Wietnamie skuter to podstawowe wyposażenie każdego człowieka, czy małego czy dużego, skuter można wypożyczyć a) zawsze b) wszędzie c) po taniości. Agnieszka z Kubą mieli już doświadczenie skuterkowe z Tajlandii, a Katarzyna i Keczup jeżdżą czasami tzw. popierdułkami z panami Chińczykami (działa to jak motorynkowa taksówka za kilka juanów), zatem teoria i praktyka były nam znane, nie ma się czego obawiać! Na początek kierowcami mieli być Kuba oraz Agnieszka, a potem co będzie, to będzie.

Z głowami pełnymi planów wyszliśmy z restauracji Bo Bo, a tu nagle zaczepiła nas pani sprzedająca owoce i wielce nas namawiała na zakup.
- Pani, ale my musim na skuterki! Nie ma gdzie owoców zawiesić! - tłumaczyliśmy.
- Jak kupicie to dam Wam potrzymać kosze z owocami! - zachęciła kobieta.
Taka atrakcja! Owoce pani policzyła nam oczywiście w cenie dla białasa, ale za to proszę tylko spojrzeć na uśmiech Katarzyny!



W tym momencie Karol Keczup powiada: ja też chcę być skuterowcem! Dajcie choć na momento pokierować! Katarzyna próbowała ostrzegać, że może skończyć się do końcem życia albo choć wizytą w wietnamskim szpitalu, ale Keczup nie usłuchała. Udzielono jej niezbędnych wskazówek, tu się odpala, tu daje gazu, proste? Proste! Wsiada dzielnie, odpala, daje gazu i SRUUUUUU! Pruje przez ulicę sto albo i dwieście na godzinę, ludzie rozbiegają się z krzykiem, białe turystki krzyczą, kury odlatują w panice! Keczup po kilku sekundach oprzytomniała i dała w hamulec, motor pierdnął, zgasł i zatrzymał się, a Keczup zsiadła uradowana.
- Wyśmienita zabawa!

Uradzono, że jednak na początku kierowcą będzie Kuba, a Keczup z tyłu ma obserwować i uczyć się, na drugim skuterku kierowca Agi + obserwator Katarzyna (choć nie była ona taka chętna do jazdy).
Okej, ładujemy się na motoryny, zakładamy kaski i jedziemy! Prujemy jak mistrzowie szos, pośród kopcących ciężarówek, wozów z owocami, milionów Wietnamczyków na motorynkach i kurami na pakach. Wiatr owiewa nam twarze i łydki tych z nas, którzy odziali na tą okazję krótkie spodenki (duży błąd). I tak jedziemy i jedziemy, morze hula na plecami, aż tu nagle zaczynają się przedmieścia Da Nangu, z którego dopiero, co przyjechaliśmy! Co się okazało? Ano to, że z Da Nangu jest trzy razy bliżej niż z Hoi An i ktoś nas tu chyba oszukał. Nic to, jedziemy dalej, bo gór coś nie widać. I oto nagle, na końcu wyjątkowo podłej, błotnistej ścieżyny, wyłania się taka oto szałowa świątynia!



Tak, tak, to taka sama, jaką widzieliśmy obok Sajgonu świątynia kaodaizmu --> klik klik
Zostaliśmy wpuszczeni do środka i było tam i wielkie oko i wszystkie obowiązkowe punkty, a w dodatku jak to mawiają bakpakierzy, świątynia AUTENTYCZNA, a nie jarmarczna buda dla gawiedzi XD

W końcu! Są i góry! Czym tak właściwie te Góry Marmurowe są? Ano niczym innym, jak kilkoma potężnymi skałami z licznymi świątyniami, posągami Buddy, pagodami, a wszystko to na zewnątrz, jak i w jaskiniach, jaskinie bowiem też są. Zostawiamy skuterki pani parkingowej, która na oko ma dwieście lat i pobiera za tą usługę około 50 groszy.


Wszędzie dookoła zauważamy ogromną ilość straganów, sprzedająca marmurowe posągi. Dla każdego coś miłego! Jest i Budda w różnych odsłonach, i starożytni chińscy mędrcy i pan Jezusek i pani z obnażonym cycem bez głowy lub z głową. Nikt nie może czuć się dyskryminowany!


I chiński pies Fo i chłopiec trzymający piłkę oraz swojego siusiaka (czy to Manneken pis?).


Gorejące serduszko.


I nasz stary znajomy z Kambodży, Wściekły Słon, tu w wersji średnio wściekłej.


Okej, dość już podziwiania figuryn, trza zwiedzać. Oczywiście marmur do wyrobu tych piękności nie pochodzi z gór (bo już dawno by ich nie było), a jest przywożony podejrzewamy, że z Chin. Kupujemy bilety za jakieś grosze i zaczynamy piąć się po baaardzo długich schodach. Omszałe to wszystko i obrośnięte korzeniami, ciemno i ponuro, nie dziwota, że szybko skojarzenia nasze padły na Morię! Od razu maszerowało się lżej, gdy raz po raz ktoś pokrzykiwał "Bębny grają w głębinach!", "Powiedz przyjacielu i wejdź" czy inne kultowe kwestie z "Władcy Pierścieni".



Doczłapaliśmy i stała się jasność! Na górze przywitały nas wielce nostalgiczne i fotogeniczne widoczki - stare domy w chińskim stylu, pagoda, altanki i strumyczki.



Pagoda wyziera zza drzew.


Dziobak dzielnie pozuje na mostku, choć trwożliwie spogląda w stronę tygrysów.



Starożytne napisy na kamieniu. O dziwo nie chińskie, a to Chińczycy najbardziej lubują się w kamieniach z napisem.



Próbowałyśmy uczynić malownicze zdjęcie pagody, lecz Agnieszka z Kubą byli akurat w trybie upierdliwy turysta i złośliwie wchodzili w kadr, wystawiając zady i prezentując chińską medycynę w nosie.





Świątynia.



Pochodziliśmy wte i wewte, no ale! Trzeba by wejść do jakiej jaskini! Idziem raźno!


Jak już wspominałyśmy, w jaskiniach mieściły się świątynki z posągami Buddy i licznymi ołtarzykami z darami. Wszędzie paliły się świece, co dawało wielce magiczny klimat.



Nagle Kuba spostrzegł wielce podejrzaną dziurę w jednej ze ścian,
- Tu chyba można iść dalej! - zachęcił.
Popatrzyłyśmy z powątpiewaniem na wskazaną dziurę. Może i człowiek by się tam zmieścił, jakby się bardzo postarał... Może i można iść, ale czy trzeba?
- Kuba, jest pomysł! Idź na przeszpiegi i krzyknij, czy jest co ciekawego - obmyśliła plan Agi.
Kuba zniknął w szczelinie i po 10 sekundach dobiegł nas jego wielce uradowany głos.
- Wspaniałe rzeczy! Chodźcie!
Ech, poszli. Ze ściany rzeczywiście widoki były niczego sobie, lecz za to potem należało się wspinać prawie pionowo w jakiejś dziwnej szczelinie, pomiędzy nogami spoglądać w kilkunastometrową przepaść, potem dać się pokłuć przez wstrętną opuncję, by na koniec wleźć na sam szczyt góry i ujrzeć TO!

Zachwycający wręcz widok na Da Nang. Może i trochę widać morze, ale umówmy się. Pola i trochę domów niekoniecznie zaparło nam dech w piersiach.



Tym bardziej, że czekał nas powrót pionową szczeliną, którą w dodatku niektórzy zdecydowali się pokonać głową w dół!

Kończymy naszą trasę jaskiniową i podziwiamy zabudowę w chińskim stylu (najlepsze jest to, że zabudowa ta praktycznie wszędzie jest ładniejsza i lepiej zachowana niż w Chinach, podziękowania należą się Przedowdniczącemu Mao).




I oczywiście więcej posągów Buddy.




Światłość tego aż daje po oczach!




Piękna instalacja z milionem smoków.



I czas opuścić Morię.


Jako, że Góry Marmurowe są miejscem kultu religijnego, u ich podnóża odbywały się, znane już nam, rytuały palenia sztucznych pieniędzy oraz składania ofiar bogom i przodkom. Ten starszy pan nasz urzekł <3 




I z powrotem! Dziobak do sakwy i na skuterki, pruć w stronę Hoi An, na kolację i lenistwo przy puszcze najznamienitszego piwa marki Zorok! Keczup miała swoje przysłowiowe pięć minut i tym razem dała się poznać jako kierowca rozważny i przestrzegający zasad ruchu drogowego. Widząc to, Katarzyna stwierdziła:
- To nie może być trudne! Dajcie i mnie popróbować!
Okej, dojechali do Hoi An, udaliśmy się na cichą uliczkę, mającą służyć na oślą łączkę, a Katarzyna dziarsko wsiada na motor. Odpala i nagle OLABOGA rusza płynnie i bez żadnych szaleństw! SZOK! Jedzie prosto! Skręca! Rusza na ulicę pełną Wietnamczyków! Keczup, widząc to, pospiesznie wsiadła na drugi skuter i ruszyła na nią. Patrzy, a Katarzyna jedzie na pewniaczka między miejscowymi, żyje i nie miała jeszcze stłuczki! Nagle w pełnym pędzie robi skręt o 180 stopni i zawraca na środku ulicy!
- Pani, toż to dziecinnie proste! - oznajmia Katarzyna. - Teraz wykonam jakieś triki.
Keczup, słysząc to, oddaliła się nieco, a po chwili NA HONOR, Katarzyna zniknęła gdzieś w zaułku! Keczup jeździ i szuka i woła i rozgląda się i nic! Na to... OLABOGA! Chyba się zgubiła! Skręca w jedną cichą uliczkę... NIE TU! Skręca w drugą... NIE TU! Wycofuje i niestety dzieje się to, co za pierwszym razem. Gazu dodaje się jakby za dużo, a że do ściany było ze 20 cm, Keczup z hukiem rąbnęła w ścianę. Nie motorem na szczęście, a swoim łokciem!

Co to się dzieje! Zewsząd zbiegają się ludzie! Krzyczą! Lamentują! Żyjesz?! Nic ci nie jest?! Idź prosto! Popatrz na mnie! Podnieś rękę do góry!
- Ależ proszę państwa, ja tylko uderzyłam się w łokieć - przekonuje Keczup.
To na nic! Nagłe wyłania się wielki biały mężczyzna.
- Rozstąpić się! Jestem lekarzem! Możesz być w szoku! Skąd jesteś? - krzyczy.
- Eee... Z Polski...
- How lovely! Ja z Izraela! - rozpromienia się.
Sekundę później Keczup zostaje przechwycona przez właścicielkę zakładu krawieckiego i wysmarowana chińską medycyną BARDZO obficie.
- Bardzo dziękuję za pomoc, ale ja się czuję bardzo dobrze. Muszę iść, bo ziomki czekają....
- O NIE! Nie możesz wsiadać na motor! Możesz być w szoku! - krzyczy pani Wietnamka i pan z Izraela. - Skuter tu zostaje, aż wrócisz z przyjacielem.
Cóż było robić? Keczup rusza przed siebie i na szczęście po 3 minutach spotyka Kubę (który też wyruszył na poszukiwania). Odbierają motora, składają miliony podziękowań i tak kończy się historia. Jaki z tego morał? Są na świecie dobrzy ludzie, proszę państwa!

Po chwili okazuje się, że Katarzyna, pomimo wykonywania trików na wietnamskiej ulicy, żyje i ma się dobrze, a wszyscy biadolą, że Keczup a) śmierdzi chińską medycyną b) zgubiła się ulicę od miejsca, gdzie wszyscy czekali. Niestety, jest tragiczna orientacja w terenie jest znana wszem i wobec.


Jako, że wszyscy jesteśmy wielkimi fanami kuchni hinduskiej, kroki skierowaliśmy w stronę lokalu o pięknej nazwie Ganesha. Cóż to był za smak, cóż to była za rozkosz! I butter chicken i pasta z bakłażana i szpinakowa masala i tłuściutki naan i wiele wyśmienitych smaków. YUM YUM YUM!




Pewnie myślicie, że to koniec notki, góry byli, wypadek był. Otóż nie... To nie był ten właściwy wypadek, a zaledwie preludium. Zgadnijcie, kto tym razem postanowił wsiąść na motor?

Podjechaliśmy pod hostel, daliśmy znak, że jesteśmy i za chwilę miał się zjawić właściciel po odbiór skuterów. Wtedy to wykrystalizowała się myśl - nie ma przecie żadnych pamiątkowych zdjęć na motorynie! Katarzyna, pewna swoich świeżo nabytych umiejętności, raźno wskoczyła na siedzenie i dawaj, jedzie ulicą! Przyspiesza, w pełnym pędzie zawraca i jedzie z powrotem. Niestety jechała tak szybko, że Keczup zdołała uczynić jedno jedyne nie rozmazane zdjęcie. I nagle BAM! Słyszymy okrutny łomot! W myślach wszystkich Katarzyna leży już w wietnamskim szpitalu, a skuter nadaje się na złom, lecz oto nagle rozlega się głos.
- NIEEE! GABLOTA!
Tak, tak, to Katarzyna (jak to się kiedyś mawiało) z całej pety walnęła w szklaną przenośną gablotę do sprzedaży bagietek. Co gorsza, z okolicznych domów zaczęły rozlegać się głosy i wyglądać zaciekawione głowy. 
- W nogi!
Skuter na szczęście wyszedł ze stłuczki bez szwanku i zadowolony właściciel go odebrał. Katarzyna wyszła lekko poobijana, a gablota... troszkę się niestety zgięła. Jedno dobre, że stała ona już tam od wieków i nikt jej nie używał. Na koniec wysłuchajmy tłumaczenia Katarzyny z tego wydarzenia.
- Katarzyno! Dlaczegoś jechała na pełnym gazie i tak też zawracałaś na środku ulicy?
- Nikt mi nie powiedział, na ile starcza gaz!
- ???
- Jak dodaję gazu, to nie wiedziałam, na ile on starcza! Na 5 sekund czy 10 czy ile!
- COOOO?! Cały czas masz trzymać rękę na gazie!
- A skąd miałam to wiedzieć! Nie powiedzieliście mi!


KURTYNA

PS. Podczas przebierania zdjęć okazało się, że jedno jedyne zdjęcie Katarzyny na motorze zaginęło! Podejrzewaliśmy, że podstępnie je wykasowała, by zapomnieć o niesławnej historii, lecz zarzeka się, że nie! Cóż się zatem stało? Nie wie nikt! Wobec tego ostało się tylko foto Dziobaka na skuterze, o!



6 komentarzy:

  1. Wspaniałe widoki i wspaniałe, choć mrożące krew w żyłach przeżycia. Katarzynie bardzo do twarzy z tymi koszami pełnymi owoców. Czy zostawiłyście kolejny polski akcent w Bo Bo Cafe? DCz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był taki plan, wyrwaliśmy już nawet kartkę z zeszytu i narysowaliśmy dziobaki, ale na tym się skończyło niestety. Przeżycia z dreszczykiem zawsze najlepsze!

      Usuń
  2. Prześliczne widoki,dzieki Wam czuje jakbym była z Wami,a na skuter proszę nie wsiadać wiecej KATARZYNO!

    OdpowiedzUsuń
  3. Skuter wielce niebezpieczny ;___;
    Ale jakie widoki <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam skutery, mniej wypadków życzę i zdrówka. A ta medycyna chińska pomogła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, chińska medycyna zawsze pomaga!

      Usuń