poniedziałek, 23 maja 2016

Nauczanie angielskiego w Chinach - cienie i blaski pracy nauczyciela

nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach, praca w Chinach

Cześć czołem! Dawno już nie było na blogasiu notki zawodowej, która opowiadałaby o słodkiej doli nauczyciela. Ach, ta radość, gdy możemy nieść kaganek oświaty, gdy możemy do chińskich główek pakować coraz to nowe angielskie słówka. Gdy pod naszym przewodnictwem mały Chińczyk gromko woła "Teacher, I love you!" i rzuca się na nas w radosnym uniesieniu! Tak, to wszystko prawda. Czy to wszystko nie wydaje się Wam tak piękne, że aż podejrzane? ANO WŁAŚNIE....


Krótki wstęp historyczny. Robotę nauczycielską rozpoczęłyśmy we wrześniu 2014, a więc obecnie mamy prawie dwa lata doświadczenia. Pracowałyśmy zarówno w przedszkolach, podstawówkach, jak i szkołach językowych o różnej randze (i prestiżowych i miałkich) plus prywatne lekcje i różne dziwne  aktiwiti (wycieczka z dziećmi do sklepu czy sędziowanie w konkursach, a nawet szkolenie chińskich nauczycieli!). Katarzyna prac miała zapewne kilkanaście, a Keczup coś około miliona (na temat swojej historii zmieniania pracy co miesiąc napisze kiedyś osobną notkę). Dostajemy sporo wiadomości i pytań odnośnie naszej pracy, wyjaśniamy więc pokrótce, co jest dobre, a co złe :).

ZACZYNAMY! Żeby nie było, że nie lubimy, a nawet gnębimy Chińczyków, na początek idą plusy.



BLASKI


1. PIENIĄDZE


Pierwsza i najważniejsza sprawa. Za uczenie angielskiego Chińczycy płacą nam OGROMNE pieniądze. Mowa tu o stawkach 150 - 200 juanów za godzinę (około 90 - 120 zł) albo około 11000 - 12000 juanów (6500 - 7500 zł, pensja oczywiście na początek) za cały etat, przy czym cały etat to 20 - 25 godzin lekcji tygodniowo. Najczęściej rozkłada się to tak - rano od 8 lub 9 do 11, potem przerwa na lunch i z powrotem do roboty od 15 do 17. W przerwie lunchowej można pojechać do domu lub siedzieć w miejscu pracy i spać lub robić, co się chce. 

W przypadku part - timów (niepełny etat) dobierasz sobie różne fuchy i pracujesz, ile chcesz, naliczając te około 100 zł za godzinę :). Pieniądz ten jest potężną motywacją i często, gdy już NAPRAWDĘ nam się nie chce to wleczemy się do szkoły i prowadząc lekcję, szybko liczymy sobie w głowie, a ile to kasy leci za każde 15 minut, a ile za 10, a ile za MINUTĘ?! Co można mieć za takie pieniądze? Ano można żyć jak król i jadać lunche w Hiltonie, bawić się co wieczór w strefie VIP przy szampanie, zjeździć pół świata albo mieć ogromną kolekcję sukienek. I miło będzie wspominać, że KIEDYŚ BYŁYŚMY BOGATE.


To wszystko Twoje!


http://www.wsj.com/articles/imf-welcomes-chinas-yuan-move-1439347178


2. GODZINY PRACY


Nie lubisz wstawać rano, nieprawdaż? MY TEŻ NIE! Kochasz mieć wolną sobotę, żeby móc w piątek zabalować? Wolisz pracować trzy dni od rana do wieczora, a resztę tygodnia spędzić na wycieczkach za miasto? A może jesteś pracoholikiem i nauczanie dzieci pochłania Cię bez reszty? NIE MA PROBLEMU. Jeśli odrzucisz oferty pracy na pełen etat, nic nie stoi na przeszkodzie, by ustalić sobie grafik tak, jak chcesz. Co więcej, szkoły bardzo często potrzebują nauczyciela przykładowo tylko na dwa poranki w tygodniu lub jeden caluśki dzień, gdzie jedziesz gdzieś za miasto (bo na prowincji białego pracownika niet). Co więcej, takie oferty są lepiej płatne, bo mało kto ma aż tak nienormowany czas pracy. My mamy i bardzo sobie chwalimy, choć do tej pory nie pamiętamy, która kiedy wychodzi i wraca :).


http://www.hrremix.com/2015/10/12/the-bad-manager-hangover/


3. SUPER BONUSY


Zdarzają się szczególnie, gdy pracujemy w jakichś wypasionych szkołach językowych lub mamy grupy prywatnych uczniów. Są to wszelkie wyjścia do kina, do teatru czy inne wydarzenia kulturalne, wycieczki (Katarzyna spędziła dzisiejszy dzień na farmie, karmiąc kozy i jeżdżąc z dziećmi na rowerze, płatne 200 juanów za godzinę!), zaproszenia do restauracji czy prezenty (najczęściej przysmaki chińskiej kuchni np. dziwne zdrowotne grzyby). 

Katarzyna była niegdyś zapraszana przez matkę uczniów na wypasione kolacje, gdzie koszt każdej wynosił około 1000 juanów (600 zł). Keczupowi ojciec dziecka (szanowany mecenas kultury) załatwia darmowe wejściówki do teatru czy na koncerty (zaproszenia zawsze są dwa, więc i Katarzyna korzysta), a ostatnio rodzice uczniów zapragnęli, by Keczup jechała z nimi wszystkimi na weekend do kurortu nad morzem i gadała do dzieci po angielsku. Oczywiście wszystko na koszt rodzica! Warto dodać, że lekcje angielskiego z nauczycielem z zagranicy są w Chinach koszmarnie drogie, więc wszyscy rodzice owi to mega chińskie burżuje.


nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach, praca w Chinach

nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach, praca w Chinach



4. ŻYCIE W AZJI


Wiemy, że nie dla wszystkich może być to blask, ale my marzyłyśmy o tym, by mieszkać w Azji. Co więcej, poważnie rozważałyśmy wyjazd do roboty do Holandii (miało być to układanie kurczaków na tackach!), tylko po to, by jechać do Chin. Dzięki pracy mamy możliwość wygodnego życia, jak również wycieczek w różne miejsca Azji. Kiedyś bałnsy w Japonii czy Malezji wydawały się nierealne, a tu proszę, jaka niespodzianka! Wiemy, że często gadamy nieładnie na Chiny i Chińczyków, ale tak naprawdę to ich lubimy, tylko jest to TRUDNA MIŁOŚĆ. Nie oszukujmy się, będziemy tęsknić <3.


https://www.paradise-kohyao.com




CIENIE


1. OSZUSTWA


Zarówno te poważne, czynione w złej wierze, jak i te wynikające z chińskiego stylu życia i pracy (NIERÓBSTWO I NIEDBALSTWO). Do tych drugich możemy zaliczyć problem liczenia wypłaty. Pracodawca nigdy nie wie, ile godzin pracownik przepracował. Nieważne, że pracownik po każdej lekcji wpisuje się na listę, wysyła liczbę godzin i wszystko wygląda nader przejrzyście... Pomyłka zawsze musi zajść! Keczup pracuje w szanowanej kanadyjskiej organizacji (dlatego oficjalnie jest Kanadyjką, hehe), są oni niezwykle profesjonalni i NAPRAWDĘ uczą dzieci angielskiego. Niestety, przy co którejś wypłacie powtarza się poniższy schemat.
- Proszę, tu jest kopertka z wypłatą! - pani wydaje kasę.
- Pani! Ale tu jest, żem zrobiła 7 i pół godziny, a ja miałam 12! Co miesiąc, zawsze i wszędzie mam tyle samo! - woła Keczup, bo koperta za cienka.
- Yyyyy, ale jak to?
- Patrz Pani na kalendrz. W każdy piątek mam 3 godziny lekcji, razem 12 w miesiącu! Jak żeście naliczyli 7 i pół?!
Pani duma wtedy i kiwa głową, po czym liczy wszystko od początku i wydaje dobrze. Co więcej, w zeszłym roku pracowała dla nich Katarzyna i problem ten występował z jeszcze większą częstotliwością. Kiedyś podejrzała, że zapisują oni te godziny w jakimś podejrzanym, wyszlajanym zeszyciku, mają tam milion skreśleń i poprawek.... NO CÓŻ.

Co do oszustw poważniejszych to wchodzą tu oczywiście klasyczne przykłady nie wypłacenia pensji lub wypłacenia jej mniej niż powinno być. Keczup półtora roku czeka na skradzione 800 juanów, znamy też wiele osób, którym zwyczajnie obcięli pensję, BO TAK. Wymyślają jakieś nieistniejące podatki, pobierają kasę za mieszkanie, które miało być za darmo lub nie płacą za dodatkową robotę, typu demo lekcje (nie będziemy za to płacić, to w Twoim interesie leży, żeby więcej uczniów się zapisało), czy jakieś bonusowe imprezy promujące szkołę i dziwne aktywności. Bardzo lubią też zagrabiać pieniądz w przypadku choroby, najlepiej trzydniową wypłatę za jeden dzień nieobecności. Niestety, krętactwo i matactwo na co dzień i od święta :(.

nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach, praca w Chinach



2. BIEDNE NIEWINNE DZIECIĄTKA


Czy pamiętacie ze szkoły słynną frazę "PANI SIĘ UWZIĘŁA!"? Teraz to my właśnie jesteśmy tymi złymi paniami, a chińskie dziecko jest zawsze niewinne, grzeczniutkie i pilne. Ujmijmy to tak: - masz w klasie dzieciaka, który biega jak podupiony, bije inne dzieci, wali pięściami w ekran multimedialny i rozwala całą lekcję. Czy należy hardo go skompromitować i zawezwać rodzica? BROŃ BOŻE! To wszystko Twoja wina, bo nie umiesz kontrolować klasy! Przed rodzicem zawsze należy dziecko chwalić, jakie jest mądre, wspaniałe i świetne w angielskim, inaczej będzie skłonny ZABRAĆ JE ZE SZKOŁY! A wszystko przez Ciebie! Rodzic nigdy nie wierzy w winę potomka, NIGDY. Nawet, gdy raz na lekcji Katarzyny chłopiec o wdzięcznym imieniu Tiger pobił pięścią asystentkę i próbował pobić ją (ale się nie dała). To wszystko na oczach matki. Co ona na to? NIC. 

Zdarza się, że w czasie lekcji rodzice siedzą z tyłu i obserwują. Czy działa to na dzieci stresogennie? W żadnym wypadku. Nawet, gdy uczeń jest wyjątkowo wstrętny i ohydny, rodzic SIĘ GAPI i nie reaguje. Słodko. Pal licho, gdy są wstrętni i biegają. Zdarza się, że złośliwie skarżą na nauczyciela, że im dokucza lub ICH BIJE. Wszystko oczywiście kłamliwie, ponieważ obrazili się dajmy na to, że nauczyciel nie dał im nalepki lub w inny sposób zalazł im za skórę. Keczup podobno uderzyła kiedyś dziewczynkę, która zawsze była cicha i grzecznie siedziała w ławce, także ledwo ją kojarzyła... 

Swojego czasu jedna z agencji rozesłała wszystkim maila z mrożącą krew w żyłach historią. Ciekawi? A było to tak... Dnia pewnego pewien chłopiec bardzo źle zachowywał się na lekcji i zły nauczyciel obcokrajowiec uderzył go. W domu dziecko poskarżyło się rodzicom, a rodzice natychmiast zabrali je do szpitala na obdukcję. Obdukcja wykazała niewielkie otarcie ucha. Następnego dnia cała rodzina pojawiła się w szkole z szaloną burdą, była to podobno prawdziwa HISTERIA. Nauczyciel został wywalony pd razu, racje jego nikogo oczywiście nie interesowały. Na koniec padło ostrzeżenie: nigdy pod żadnym pozorem nie bić uczniów (co jest zrozumiałe), a najlepiej w ogóle nie wchodzić z nimi w żaden kontakt fizyczny!!! Pamiętacie, że lekcje angielskiego polegają głównie na bawieniu się i tańcowaniu? Ano właśnie. Nie wiemy, jak to pobicie wyglądało i czy zaszło, ale wiemy jedno. Rodzice są prawdziwie szaleni!


http://edition.cnn.com/2017/06/26/asia/hong-kong-handover-exit/index.html


3. ZATRUDNIANIE ZA WYGLĄD I RASIZM


Jakie jest najważniejsze kryterium zatrudnienia nauczyciela? Wykształcenie kierunkowe? Certyfikaty językowe z TOEFLem (świadczy o tym, że możesz uczyć angielskiego) na czele? Znajomość języka? Doświadczenie? To ostatnie może nawet trochę, lecz najważniejszy jest TWÓJ WYGLĄD. Przede wszystkim kolor skóry, tu liczy się tylko i wyłącznie biel. Potem wzrost, waga, kolor włosów i oczu, no i ogólna prezencja. Idealną kandydatką jest wysoka, szczupła blond dziewczyna o długich włosach i niebieskich oczach, o miłej buzi i usposobieniu. Ewentualnie wysoki, szczupły, lecz lekko umięśniony chłopak o sympatycznej twarzy (męskości nie lubimy), również najlepiej błękitnooki blondyn. Im jesteś dalej od tego ideału, tym gorzej. Często w ogłoszeniach napisane jest wprost, że zatrudnią tylko osobę białą/rasy kaukaskiej. Keczup była kiedyś na rozmowie kwalifikacyjnej. Dopiero zaczynała pracę, nie miała doświadczenia, a jej angielski wybitny nie był, za to szkoła językowa znana i wypasiona. Kiedy już z bólem przeszła rozmowę i różne dema, gdzie to rekruterka wcielała się w dzieci (KOSZMAR), usłyszała:
- Nooo... zazwyczaj pracują u nas native speakerzy, a u Ciebie można usłyszeć akcent, ale jesteś ładna, chętnie Cię zatrudnimy.
Nie, nie zdecydowała się na etat. 

Mamy też autentyczną historię o przedszkolu, gdzie dyrektorka wymyśliła, że zatrudniać będzie tylko pięknych nauczycieli. Minimalny wzrost dziewczyny koniecznie 175 cm, długie włosy, szczupła, chłopce też jak z żurnala. Początkowo nauczyciele byli różni, nawet i niżsi i mniej urodziwi, lecz pani dyrektorka (która swoją drogą była mocno zaburzoną socjopatką) sukcesywnie ich zwalniała i zastępowała ładniejszymi. Potrafiła wykrzyczeć agencji, która wysyłała jej nauczycieli: "Co to za szkarady mi tu przyprowadzasz?! WON!". Skończyło się na tym, że nauczały tam same radzieckie boginie z nogami do nieba i z koszmarnym akcentem, w tym jedna tancerka rurowa. O tej patologicznej placówce napiszemy może kiedyś osobną notkę, bo obie tam pracowałyśmy, lecz na razie jest to historia zbyt świeża. 

Jeszcze większy problem pojawia się, gdy pracy szuka człowiek czarny, nieważne, że wcale nie jest z Afryki, a z Nowego Jorku. Czarnych osób Chińczycy nie chcą zatrudniać ZA NIC W ŚWIECIE. Osoby takie są bowiem niereprezentacyjne, nie podobają się dzieciom, a w szczególności rodzicom i mało kawaii wychodzą na wspólnych foteczkach. Jeśli już jakaś praca się znajdzie, to słabo płatna albo gdzieś na prowincji. Keczup nauczała niegdyś w podstawówce (to tam pobiła dziewczynkę i to tam znienacka na jej lekcję przyszedł nowy nauczyciel Saszka, tańszy o połowę i zaczął gadać pa rusku), gdzie drugi nauczyciel był właśnie z samiuśkiej mamy Afryki. Nie dość, że płacili mu jakieś grosze, to jeszcze zmusili do mieszkania w dormitorium na terenie szkoły i UWAGA nawet jak miał 3 czy 4 lekcje dziennie, musiał siedzieć w biurze od 8 do 17, BO TAK. Skarżył się, że dzieci go nie szanują i zdarza się, że biją!!! Keczup była natomiast traktowana jak gwiazda filmowa do czasu, aż z dnia na dzień jej nie zwolniono, bo Saszka brał mniej pieniędzy. Była to szanowana, droga, dwujęzyczna podstawówka. Bez komentarza.


nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach, praca w Chinach



4. ROZPIESZCZONE DZIECIAKI


Wspominałyśmy, że angielski z obcokrajowcem jest wielce drogi, nieprawdaż? Z tego powodu nasi uczniowie rekrutują się w głównie z nowej burżujskiej chińskiej klasy średniej i MAJĄ WSZYSTKO! Gadające plecaki, zegarki dzwoniące do mamy, wielkie chodzące po domu mechy... Czasami pokazują nam takie gadżety, że szok! Nie dość, że mają wszystko to jeszcze MOGĄ WSZYSTKO. Od dziecka wymaga się, by się uczyło i od rana do wieczora siedziało w szkole lub na licznych zajęciach typu angielski, tańce, kaligrafia i inne. Lekcje angielskiego z grupą pięcio - sześciolatków o godzinie 20 nie są niczym dziwnym. 

W zamian za to poświęcenie, rodzice pozwalają im na wszystko. Jak to się przekłada na naszą pracę? Po pierwsze, brak jakiegokolwiek szacunku do nauczyciela. Taki biały nauczyciel ma być bowiem śmieszny i wesoły, niczym małpa w ZOO, absolutnie nie powinien męczyć dzieci jakąś hardszą nauką ani wymagać chociażby powtarzania materiału czy odrabiania prac domowych. Może jeszcze dzieci w przedszkolu patrzą na nas z podziwem, choć najczęściej po prostu rzucają się radośnie celem tulenia się do naszych nóg. Młodzież w wieku lat 7 i więcej jest zblazowana, bezczelna i złośliwa. Pokrzykują, że im nudno i że oni chcą gry, a najlepiej włączyć im film. Właśne, GRY! Najlepsza lekcja to przecież same gry, na przykład bieganie po klasie i udawanie sałatki ewentualnie bieganie i rzucanie fiszkami. Wyrywanie z ręki lub niszczenie fiszek i innych pomocy naukowych to normalka. Krzyczenie do nauczyciela "nie lubię Cię, jesteś głupia!" na dzień dobry również. Śmianie się, że źle wymawiasz tony, gdy chcesz wytłumaczyć im coś po chińsku? Zawsze! Wstrętne smarkacze, jak tak to słuchajcie po angielsku! Najczęściej olewamy ich fochy, ale co jakiś czas dopada nas dzika furia i wtedy strach, żeby nie wywalili z pracy (patrz punkt drugi).

Zostawisz ich na chwilę i już Porsche rozdupione!

https://www.youtube.com/watch?v=mqHBdQ7EsYc



5. NIEREALNE WYMAGANIA


Co z tego, że dzieci nigdy przenigdy nie otwierają książek w domu ani nie odrabiają zadań (argumentując to tym, że chińska szkoła pochłania je tak, że nie mają czasu)? Angielskiego mają się uczyć na lekcji angielskiego! Co z tego, że na owej lekcji biegają i się biją? Nauczyciel magicznym sposobem powinien zesłać na nich wiedzę prosto z niebios! Czy notują oni cokolwiek z zeszycie? Haha. Ba, często nie mają książek, z obcokrajowcem uczą się przecież ORAL ENGLISH. Słówka czy gramatykę mogą przecież przyswoić w chińskiej szkole (dzięki czemu mówią senkju, elifant i orendżu), a tu mają MÓWIĆ! Nie ważne, że nie potrafią odpowiedzieć na kluczowe pytanie What's your name? 

Keczup dostała ostatnio nową fuchę z czymś w rodzaju osiedlowego domu kultury. Poprzednia nauczycielka z niewiadomych przyczyn zniknęła. Ok, zdarza się, przygotowała lekcję z książki o pomieszczeniach w domu i różnych sprzętach. Na miejscu okazuje się, że a) dzieci nie mają książek b) nie dość, że nie potrafią odpowiedzieć na kluczowe pytanie What's your name? to jeszcze nie znają swoich angielskich imion! I ucz takie dzieci o sprzętach kuchennych! 


nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach

Nie wiedzieć czemu, Chińczycy wręcz lubują się w wybieraniu możliwie najtrudniejszych książek. Dzięki temu mają szansę pochwalić się przed znajomymi, że ich pięciolatek robi już książkę do grade 2 (czyli druga klasa podstawówki)!. Dzieci oczywiście siedzą na lekcji i pamiętają kilka najprostszych słów, na inne reagując chóralnym YYYYY? Ich książka każe im się bowiem uczyć różnic między długim, a krótkim e lub fraz pokroju "No, he is not my friend, because he is selfish and mean" (przypominamy, pięciolatki!!!). Hitem oczywiście są lekcje w klasach dwulatków, które mamy wyuczyć angielskiego, chociaż niektóre z nich NIE MÓWIĄ. Pod koniec miesiąca mają one test, gdzie pani wybiera losowo kilkoro dzieci i przepytuje je z książki. Jak myślicie, kto jest winny, jeśli dwulatek nie wie, jak jest kocyk? I kto jest tym losowo wybranym?

nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach

Książka dla pięcio - sześciolatków, mających półtorej godziny angielskiego raz w tygodniu.

nauczanie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach

uczenie angielskiego w Chinach, nauczyciel w Chinach

I kończymy już tą, jakże wesołą, notkę. Jak sądzicie, czy blaski równoważą cienie? My mamy coraz większe wątpliwości...
BAI BAI!

12 komentarzy:

  1. Marzyła mi sie praca w Singapurze/Chinach, ale po przeczytaniu notki (która swoją drogą jest superowo napisana, dobra robota!), wiem że nic z tego. Jestem niska, mam brązowe oczy i ciemne włosy, żółtą skóre i ogólnie wyglądam jak typowa pół azjatka, czyli jestem zupełnie przeciwna temu ideałowi. Jest mi tak strasznie smutno...nie dość że w Polsce stykam sie z rasizmem to jeszcze tam by mnie to czekało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę się nie załamywać! To nie jest tak, że pracy żadnej nie znajdziesz, tylko będzie Ci trudniej. Chińczycy nie są zbyt rozgarnięci i najlepsza byłaby długonoga blond bogini z Rosji, władająca mową angielsko - radziecką co prawda, ale jednak bogini! :D Jeśli dobrze mówisz po angielsku (bez akcentu), jesteś wesoła, Twoje demo się spodoba, a dzieci polubią, to pracę dostaniesz! Ja, Keczup, też jestem brana za pół - Chinkę, jestem żółta, z ciemnymi włosami i oczami, a pracy mam milion!

      Usuń
  2. O ile plusy tej pracy są naprawdę dużymi plusami to jednak minusy je przyćmiewają. Niestety ale nie dałabym rady tak pracować. Jestem nerwowa i nie mam cierpliwości do dzieci, wyrzuciliby mnie przy pierwszej lepszej okazji.
    Dwulatki? Ehhh... To jest aż śmieszne.
    Niemniej jednak świetnie ukazane strony pracy jako nauczyciel w Chinach. Czekam na więcej takich notek, bo są naprawdę dobre i ciekawe.

    azjatyckiecukierki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to lekka praca, oj nie. Katarzyna to jeszcze kocha dzieci, ale Keczup nigdy nie miała za bardzo kontaktu z dziećmi, nie lubi ich i nie rozumie, na szczęście dobrze udaje :D. Straszne dzieci to jeszcze ok, czasem jest nawet śmiesznie, ale te małe to już tragedia i strach w jej oczach. Nerwowości trzeba się wyzbyć i traktować fochy chińskich dzieci z politowaniem, choć przyznajemy, JEST CIĘŻKO.

      Usuń
  3. Ja wiem gdzie baaardzo chętnie zatrudniają czarnych i dają im dobre stawki! W szkółkach koszykarskich! Najlepiej żeby był bardzo wysoki, wysportowany i trochę umiał grać w kosza. Ale nie jakoś profesjonalnie ;) Chińczycy, jak wynika też z wpisu patrzą na obcokrajowców dość stereotypowo, a w NBA większość zawodników to czarni. Jeżeli więc szkółka ma czarnego nauczyciela to na pewno jest najlepsza! Przecież czarni to wybitni koszykarze! Ja mam pod biurem halę do kosza i tam się odbywają takie zajęcia, niektóre szkoły (oczywiście te najdroższe) mają czarnych wysokich nauczycieli ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, to ciekawe! Nigdy nie słyszałyśmy o takim rozwiązaniu, ale znając rozumowanie Chińczyków, całkiem jest prawdopodobne, że i w naszym Guangzhou funkcjonuje. Nawet ostatnio w naszym osiedlowym przedszkolu pojawił się czarny nauczyciel, który prowadzi z dziećmi poranny sport i hardo pokrzykuje!

      Usuń
  4. A co do mojego doświadczenia to nigdy nie byłam nauczycielką angielskiego więc nie wiem jak jest dokładnie ale mieszkając w Chinach nie da się nie znać ludzi, którzy się tym trudnią i opowieści które słyszałam raczej skłaniają mnie do stwierdzenia że to bagno. Praktycznie na porządku dziennym jest zapewnianie że nauczyciel dostanie własne mieszkanie a później kwaterowanie go w mieszkaniu dzielonym. Obcinanie pensji za wszystko co się da i oczywiście ryzykowna praca na czarno, mimo że szkoły językowe są pierwszymi miejscami, gdzie policja szuka nielegalnych pracowników. Osoba, która przyjechałaby to robić tylko dla pieniędzy, nie wytrzymałaby, bo te pieniądze nie są warte całej tej walki i stresu. Sytuacja odwraca się dopiero gdy dla kogoś ta praca jest tylko środkiem, a samym celem po prostu mieszkanie w Chinach bo ktoś lubi azjatycką kulturę czy coś. Wtedy okej ale jak ktoś po prostu szuka łatwych pieniędzy to marny jego los.
    Większość rodziców wysyłająca swoje dzieci do drogich szkół to ludzie kompletnie nieogarniający niczego. W Szanghaju rodzice, którzy chcą naprawdę nauczyć dziecko angielskiego od małego, wysyłają je prosto do międzynarodowego przedszkola, w którym dziecko zostaje zetknięte z dziećmi obcokrajowców i nauczycielkami mówiącymi wyłącznie po angielsku. Chodzi tam codziennie, przez co bardzo szybko uczy się porozumiewać w języku angielskim. Na ten pomysł wpadają jednak tylko trochę bardziej "międzynarodowi" rodzice, którzy studiowali czy pracowali za granicą i chcą aby dziecko było dwujęzyczne. Reszta myśli że jak zapłaci krocie za godzinę w tygodniu to dzieciak będzie śmigał po angielsku już po tygodniu. Przyznam że jestem zwolenniczką uczenia dzieci angielskiego od małego ale powinno być to naturalne przyswajanie języka a nie pakowanie dzieciaka na lekcje. Angielskie przedszkole czy zatrudnienie au paira, który będzie do dziecka mówił tylko po angielsku jest dobrym pomysłem ale suche i nic nie wnoszące lekcje są stratą czasu i pieniędzy.
    Sama nie chcę pakować się w pracę nauczyciela angielskiego ale gdybym miała problemy finansowe i potrzebowała czegoś dorywczego na już to pewnie bym się zdecydowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuuuu, jakaś straszna bieda w tym Szanghaju, skoro tak! U nas na prowincji na południu, aż TAK strasznie nie jest. Przede wszystkim nikt raczej mieszkania nie oferuje, chyba że w jakichś pracach na meeega zadupiu (choć i tak nikt nie chce tam pracować) albo ściągając pracownika z zagranicy (ale wtedy wiadomo, że oszukują go na wszystkim). Kontroli też raczej żadnych nie ma, raz nasi znajomi mieli kontrolę w przedszkolu i dyrektorka kazała się schować i słyszałyśmy też o jednej, gdzie do szkoły językowej weszli z kamerą, ale to już taka opowieść z drugiej ręki. U nas wszystko załatwia się na gębę i na łapówkę, szkoły same mają bagno w papierach, więc się strzegą.
      My zasadniczo dostałyśmy stypendium i przyjechałyśmy uczyć się chińskiego, a potem zachciało się podróżować i kupować sukienki, trzeba było iść do roboty. Patrząc po osobach, których jedyną motywacją są pieniądze, to rzeczywiście nie ma to sensu, bo i tak wypłata schodzi im na zachodnie jedzenie, zabawy w pubach (piwo 60 juanów!!!) czy mieszkanie na poziomie i siedzą w tych Chinach po kilka lat, narzekając w kółko, a oszczędności NIET.
      Są oczywiście prawdziwie międzynarodowe przedszkola, ale koszt ich jest kosmiczny (np. 18k juanów miesięcznie!). Zazwyczaj dzieci wcale nie chcą na angielski chodzić, ale rodzice im każą, co robić. Choć np. w przedszkolach dzieciaki się autentycznie cieszą, ale tam mają białego nauczyciela jako atrakcję raz w tygodniu, bawią się i śpiewają piosenki :). Całe to nauczanie w Chinach to na razie wielka prowizorka, kto wie, może się kiedyś wyrobią. A co do au pair to słyszałyśmy, że to jest najgorsze bagno, patologia i prawie niewolnictwo u bogatych Chińczyków :(
      Skoro masz normalną pracę i lubisz ją, to rzeczywiście lepiej się jej trzymać, bo to nauczycielstwo wkurzające jest niezmiernie :)

      Usuń
    2. No bieda, bieda. Rynek się już sprofesjonalizował trochę. Bez doświadczenia nie chcą dawać więcej niż te 80-100rmb za godzinę, a "białe małpki" zatrudniają głównie mniejsze szkoły i mniej profesjonalne. Te większe i droższe już chcą ludzi z doświadczeniem w nauczaniu i najlepiej nativów.
      Ja ostatnio dorabiam w modelingu po godzinach bo fajna praca i łatwe pieniądze, a też nie jestem z niczym uwiązana bo sama wyszukuje sobie zlecenia w internecie kiedy chcę i kiedy akurat mam czas, także jest okej ;)

      Usuń
    3. U.... za 80 yuanów, to nam by się nawet z łóżka wstać nie chciało, jak mamy być szczere.... My już mamy dwa lata doświadczenia i to w dość renomowanych szkołach i centrach, więc bardzo łatwo znaleźć nam pracę plus mamy lekcje prywatne, które są lepiej płatne. Ogółem pracujemy tylko tak, albo w szkołach dwujęzycznych, gdzie lekcje z "nativem" (hahaha) są jakby takim bonusem. Pracowałyśmy też w dwujęzycznych przedszkolach, ale to jednak za dużo dzieci za za mało pieniążka. Teraz nam się zdarza odrzucać lekcje po 200 yuanów za godzinę, bo zwyczajnie już nam się nie chce. A z modelingiem, to spoko sprawa, jak się ma warunki ku temu. Choć z tym w GZ jest mega trudno, bo jest to tekstylne centrum Chin i rynek tutaj jest mocno profesjonalny. I mieszka tu wiele rosyjskich bogiń, które zajmują się wyłącznie modelingiem.

      Usuń
  5. Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, bo sama jestem nauczycielką angielskiego i...w Polsce w szkołach językowych jest tak samo! Ja raczej przyrównuję się do klauna niż do małpy z Zoo: na lekcji ma być zawsze wesoło i radośnie. Dużo gier i zabaw, co z tego, że większość do ncizego nie prowadzi? Dziecko całą lekcje Ci przeszkadza i nie dasz mu pieczątki? Zaraz w ankiecie (w której wszystkie pytanie dotyczą atmosfery i zachowania nauczyciela, czy jest dostatecznie radosny?) przeczytasz, ze jesteś niesympatyczny, niesprawiedliwy i dziecko Cię nie lubi. Lepiej pozwolić im robić co chcą, niech sie drą i nic nie robią - przynajmniej będą Cie uwielbiać. Nie opłaca się starać i próbować ich czegoś faktycznie nauczyć... A na egzaminach, które zresztą skrupulatnie pisza co semestr, poziom oczywiście wywindowany. Nauczyciele dyktuja dzieciom odpowiedzi, zeby zdały, bo jak nie, to wina nauczyciela - nie umie nauczyć!

    OdpowiedzUsuń
  6. A Jakarta jest szansa zatrudnienia DLA 40 Layla. Mieszkalem w UK 10 lat teraz chcialbym pouczyc sie chinskiego no I troche dorobic.

    OdpowiedzUsuń