poniedziałek, 11 lipca 2016

Jedziemy do Chiang Rai - Biała Świątynia, mistyczne jajca oraz najbardziej wypasiony kibelek świata



Nasz blogaś z niewiadomych powodów traktuje Tajlandię po macoszemu i praktycznie nigdy nic o niej nie piszemy. Nie wiemy, czemu się tak dzieje, bo Tajlandia jest jednym z najwspanialszych krajów, w których miałyśmy przyjemność się bawić. Byłyśmy w niej dwa razy i w ogóle nie nasyciło to naszego apetytu. Wręcz przeciwnie - sprawiło, że zapragnęłyśmy tam zamieszkać choć na kilka miesięcy.  A jak nas znacie... na pewno dopniemy swego. Pytanie tylko kiedy ;
Tajlandia ma bardzo wiele do zaoferowania. To nie tylko głośne i słynne plaże dla zboczeńców, czy szalony Bangkok, w którym możesz odkryć rzeczy dziwniejszy nawet niż w samiuśkim Tokio. Tajlandia to też równiny Kanczanaburi, ruiny starożytnych miast i dzika północ. I to północ Tajlandii była jednym z celów naszej tegorocznej zimowej podróży. 

Zainstalowałyśmy się na kilka dni w Chiang Mai, gdyż jest to najlepiej rozwinięte miasto północy i doskonała baza wypadowa do mniejszych i większych podróży. Niestety przez problemy z kartą straciłyśmy część zdjęć stamtąd, ale mamy wielką nadzieję, że uda się je odzyskać w Polsce. Oczywiście wszystko musiało wydarzyć się późno w nocy, przed dwoma najważniejszymi wycieczkami, na które się wybierałyśmy i najzwyczajniej nie miałyśmy gdzie zakupić nowej karty, a owej sformatowanej nie mogłyśmy używać... no cóż... zawsze zabierajcie w podróż zapasową kartę. My też już się tego nauczyłyśmy...

Niestety po raz kolejny zdjęcia trzeba było wykonać moim wysłużonym już tabletem i po raz kolejny rzeczy tak piękne, że aż człowiekowi trudno uwierzyć, nie są tak piękne na naszych zdjęciach... Dokąd odbywała się ta osławiona wycieczka? - zapytacie. Wybrałyśmy się do sąsiedniej prowincji - Chian Rai. I jako, że miałyśmy mało czasu, byłyśmy rozleniwione i ogółem nie mogłyśmy pozwolić sobie na kombinowanie i nocleg... wykupiłyśmy po raz kolejny taniutką wycieczkę w biurze podróży.
Kosztowała ona niewiele pieniążków, więc wcale nas nie zdziwiło, gdy okazało się, że na naszej angielskojęzycznej z założenia wycieczce byłyśmy my i... 8 Chińczyków. Tak! Ciężko opisać nam, jak szczęśliwe się poczułyśmy, gdy o świcie minibusik zajechał pod hotel by zabrać wycieczkę Naszych Przyjaciół, w tym dzieciaczka w wieku naszych kochanych uczniów, który miał cały plecaczek prowiantu i mógł go sobie całą drogę zajadać!
Droga do Chiang Rai miała zająć około 3 godzin. Czemu tak długo? Jako, że jest to wycieczka dla Chińczyków, to w programie musi być miejsce na jakiś popas. W programie zostały więc umieszczone gorące źródła w prowincji Chiang Rai. 



Zabawa była przednia, śmierdziało jajem, wszyscy chlapali się, moczyli nogi, a baby gotowały jaja. Czy musimy dodawać, że Chińczyki kupowały jajca i zaśmiewały się, jedząc je? Woda taka gorąca, że aż jajca ugotuje. Hohoho hoho ho. Hihihihi hihi hi.



Dziobakowi bardzo podobało się oglądanie tych jarmarcznych rozrywek, jednak zdecydowanie odmówił wejścia do wody (niech tajemnicą nie będzie, że Dziobak nasz średnio się myć lubi)!


W naszym przypadku godzina po zjedzeniu śniadania to nie jest jeszcze czas na kolejny posiłek, jednak Przyjaciele Nasi Chińczycy musieli spożytkować kolejną strawę. Zyskałyśmy w ten sposób dodatkowy czas na spacer i przyjrzałyśmy się dokładnie... budowanej replice Angkor Wat. Do prawdziwego klik klik klik klik klik się nawet nie umywa, jednak... no ta azjatycka moda na budowanie różnistych replik i miniatur po prostu nas fascynuje!



Sprzedawano też niesamowity specyfik medycyny tajskiej. Nie kupujemy jednak żadnych specyfików, przy produkcji których ucierpiały zwierzęta.


Jak widać wszyscy bawią się wesoło!



Katarzyna również postanowiła umoczyć stopę. Woda okazała się baaardzo gorąca.



Trzeba jednak robić dobrą minę do złej gry! Na tych zdjęciach ujawnia się niestety też prawdziwy kolor skóry Katarzyny. To, co widzicie wyżej to trzyletnia tropikalna opalenizna...



Kolejna godzina upłynęła nam we śnie. Przez lata podróżowania i ogółem dziwacznego życia, wykształciłyśmy w sobie doskonałą zdolność do zasypiania w każdym środku lokomocji, do którego wsiadamy. Zajmuje nam to około 5 sekund i pozwala zaoszczędzić czas. Niestety boimy się, że pewnego razu prześpimy katastrofę lotniczą, bo często nie udaje nam się dotrwać nawet do momentu startu samolotu...

Kiedy wysadzili nas wreszcie na miejscu byłyśmy zaszokowane, że to tak szybko! Oczywiście Pan  Przewodnik rzucił jedno zdanie po angielsku, a cały czas wyjaśniał wszystko po chińsku, jednak sprytniutko nie zdradziłyśmy się z tym, że władamy językiem Naszych Przyjaciół. Dzięki temu rozumiałyśmy wszystko, a uniknęłyśmy zaczepek i prób przyjaźnienia się! 

Czemu wybrałyśmy się do Chiang Rai? - zapytacie. Otóż głównym celem było odwiedzenie bajecznej "Białej Świątyni". Wat Rong Khun znany jest pod tym mianem, gdyż jej uderzająca białość to coś, czego nie da się nigdy zapomnieć. 


Tak budynek prezentuje się w całości. I jak będzie widać na dosłownie wszystkich zdjęciach, zawsze jest tam tłoczno, człowiek na człowieku i trzeba pełznąć w kolejce. I wiecie co? W ogóle nam to nie przeszkadzało. Obcowanie z takim nieziemskim pięknem zmiata na bok wszelkie niedogodności. Tłumy turustów, blisko 40 stopniowy upał, baaaardzo ograniczony czas zwiedzania, czy pole manewru... to wszystko serio nie ma znaczenia. Biała świątynia, mimo, że to budowla tajska i buddyjska, sprawia, że automatycznie myślisz o niebie. O naszym zachodnim niebie.  



Popatrzcie tylko na ten mostek. Nie każdy dostał się do nieba. Przechodzenie obok udręczonych dusz i innych demonów potęguje wrażenie docierania do sfery sacrum. Sama świątynia nie jest żadnym starożytnym zabytkiem sztuki tajskiej, a współczesnym projektem artystycznym. Widziana na zdjęciach część została udostępnionana do zwiedzania w 1997 roku. Właścicielem świątyni, jej projektantem i wykonawcą jest Chalermachi Kositipat. Dodatkowo świątynia jest udostępniona do zwiedzania przez cały rok NIEODPŁATNIE. Trzeba przyznać, że artysta prócz talentu ma też gest!


Nie chcemy się rozpisywać głęboko o budowie i symbolice poszczególnych elementów świątyni, jednak będąc tam warto przyjrzeć się każdej najmniejszej rzeźbie.



Niesamowita biel to efekt połączenia białego materiału i szkiełek. Odbijają one promienie słoneczne tworząc niesamowite wrażenie śnieżności i kruchości.



Wchodzimy do wnętrza świątyni, która w środku jest naprawdę malutka.



Okazało się, że nie można tam robić zdjęć. Jednak odkładając aparat do torby cyknęłyśmy jeszcze zdjęcie spod pachy. I... to tylko część tego, co można tam zobaczyć. Jak widać artysta pokusił się o skomentowanie naszej popkultury.


Mimo, że zdjęcia tabletowe są jakie są - zapraszamy do podziwiania kilku detali.










Z wnętrza wychodzi się bocznym wejściem. Nie ma możliwości zawrócenia, a podczas naszego pobytu kolejka i czas oczekiwania były za długie, by móc zwiedzić ją jeszcze raz. Świątynia była bowiem zamykana na porę lunchu.



Charakterystyczne dla różnistych buddyjskich świątyń są miejsca do zapisywania i zostawiania swoich życzeń, modlitw, podziękowań. Tutaj w formie kluczysio - listków zrobionych z cienkiej blaszki.



Były ich wszędzie setki tysięcy albo i miliony. Prezentowały się naprawdę zacnie i delikatnie podzwaniały na wietrze.




Prawdę powiedziawszy my swoje zdradziecko zabrałyśmy ze sobą na pamiątkę;)



Obecnie zwiedzać można jedną świątynię, jednak druga jest już na ukończeniu. Cały projekt obejmuje stworzenie wielkiego kompleksu ośmiu budynków. Artysta przewiduje, że prace potrwają jeszcze z 80-90 lat po jego śmierci i mawia, że śmierć może przerwać jego marzenia, ale nie może przerwać jego projektu.



Biały kolor nie jest typowy dla tajskich świątyń. Kiedy o nich myślę, to przed oczami staje mi złoto, złoto i jeszcze więcej złota. Więcej złota jest chyba tylko w Birmie, ale ta podróż dopiero przed nami.  Tymczasem Kositpipat postanowił całkowicie z tym zerwać. Wybrał biały, gdyż uznał, że jest to kolor umysłu. Oderwania od rzeczywistości, duchowości. Złoto to natomiast kolor cielesności, a złote świątynie to wynik zbłądzenia.



Uznał, że jest to kolor idealny dla kibelka. Tak. Bardzo cieleśnie. Jest to chyba najbardziej wypasiona toaleta w Tajlandii. 



Jeszcze szybciutko udałyśmy się na wystawę ze wspaniałymi pracami owego wesołego Pana. Niestety nie można było robić zdjęć, więc kupiłyśmy troszkę pocztówek. Dajcie znać, czy chcecie osobną notkę o tym artyście, czy zaspokoi Was kilka jego prac w kolejnej notce.



 Byłyśmy oczywiście spóźnione na lunch, a nasz przewodnik wielce wygrażał. Nic to. Trzeba było szybko zrobić kilka ujęć bez turysty...




... za to z posępnym demonem.




Czy podobała Wam się Biała Świątynia? Jeśli będziecie w Tajlandii, koniecznie wybierzcie się z wizytą. Kolejna porcja atrakcji z Chiang Rai już niebawem. Na razie żegnamy się z Wami tym oto najbardziej gotyckim słupkiem drogowym świata!



Ahoj! XOXOXOXO!

14 komentarzy:

  1. tak, miejsce, które NA PEWNO odwiedzę w przyszłym roku!
    Wygląda to cudownie *_*

    A niestety też miałam kiedyś ból z kartą. Sęk w tym, że miałam zapasową, ale na nic to, skoro zdjęcia z meeta (bo było to lolyckie spotkanie) przepadły na zawsze, bo karta padła zaraz po nim :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwiedzaj koniecznie! Zawsze polecamy Tajlandię. Szczególnie północ.

      Usuń
  2. A my znamy inny wypasiony kibelek - w budynku WTC w Szanghaju (czyli w tzw. "otwieraczu do butelek") - z widokiem na Pudong, gdzieś z 50. piętra... Na fb mamy zdjęcie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest najbardziej fancy kibelek świata:)

      Usuń
  3. To jest przecudne,wydaje się że to bajka
    Dzięki Wam mogę zobaczyć tak piękne miejsca,oglądając to wydaje się ze to jest sen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko zdjęciami oddać to, jak magicznie tam było.

      Usuń
  4. Ta świątynia w bieli jest niezwykła! Pierwszy raz w życiu widzę tak niesamowity twór :D Ukłony dla artysty i jego kreatywności. Napisałyście piękną relację ze zdjęciami!

    Chiny są niesamowicie ciekawym miejscem, zresztą jak pozostałe kraje azjatyckie :P Na chwilę obecną z Chinami najbardziej kojarzy mi się drama The Journey Of Flower - widziałyście? Jeśli nie to polecam bo jest niesamowita, a główna aktorka przeurocza ^-^

    Zapraszam na swojego Bloga Sakurakotoo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy! Notki podróżnicze to nasza ulubiona część bloga.

      Tej dramy niestety nie znamy, ale nadrobimy, skoro polecasz:)

      Usuń
  5. Piękna świątynia byłam pare lat temu :)Pozdrawiam Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto odwiedzić ją ponownie za kilka lat!

      Usuń
  6. My 'białą świątynię' oglądaliśmy w 2010 r. i patrząc na wasze zdjęcia (bardzo ładne zresztą;), widać jak się rozwija, przybyło detali i jest jeszcze ładniejsza. Ciekawe jak będzie wyglądać po tych 80-90 latach ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha. Zdjęcia są akurat tabletowe, bo była awaria aparatu. Dziękujemy bardzo <3
      Zmienia się szybko i wspaniale. Robiłyśmy risercz w Internecie i to co zastałyśmy bardzo miło nas zaskoczyło.

      Usuń
    2. Właśnie odwiedziliśmy białą świątynie po raz drugi i muszę dodać sprostowanie, już trzeba płacić za wejście ;( Co prawda tylko 50 B i zdecydowanie warto, cudeńko

      Usuń
  7. Cudowne miejsce :) Dopisane do miejsc które muszę odwiedzić :)

    Zapraszam do mnie: Blog śniadaniowy

    OdpowiedzUsuń