środa, 5 października 2016

Szyfonowe ciasto i woda z nosorożca! Z wizytą w malezyjskim markecie na zadupiu


Na naszym blogu co jakiś czas pojawiają się wątki kulinarne. Na pewno wiecie już, że nie poważamy za bardzo kuchni kantońskiej (drastyczne przyczyny niechęci tutaj), nie lubimy też glutaminianku sypanego hojnie do chińskiej strawy. Uwielbiamy za to jadło Azji Południowo - Wschodniej. Tajlandia, Malezja, Kambodża, Wietnam... ACH, jadłoby się i jadło! Tym razem los rzucił nas jednak w miejsce, gdzie znalezienie jadłodajni równało się cudowi wszechświata, a do najbliższego markietu szło się godzinę. Cóż, domek w dżungli i prywatna plaża równa się brak infrastruktury turystycznej. Jak wyżywić się, kiedy nie ma nic? Zapraszamy Was do wiejskiego marketu gdzieś na malezyjskim wybrzeżu!

Tak jak wspominałyśmy, znajdujemy się na malezyjskim zadupiu. Wszystko dlatego, że chciałyśmy nie turystycznie! Kiszenie się ze wszystkimi bakpakierami na wyspie? NIE! Chcemy BEZ LUDZI! Z tego względu ominęłyśmy rajskie wyspy i pojechałyśmy rozklekotaną taksówką 100 km dalej. Wysiadłyśmy na środku niczego! Był nasz kurort (czyli kilka domków w lesie, ale o kurorcie pojawi się stosowny wpis), 20 metrów dalej morze (tak, o to nam chodziło!) i kilka przemykających pań w chustach. CUDOWNIE!


Niestety... jedzenia tam nie było. Po pierwszym doświadczeniu z rybą (z głową) z lokalnej budy, postanowiłyśmy udać się w poszukiwaniu sklepu. Na podstawie poniższej mapy, zlokalizowałyśmy sklep 1,9 km od nas (o ile wet market to sklep, brzmi podejrzanie). IDZIEMY!


NIE BYŁ! Sprzedawano tam jedynie ryby prosto z akwarium... SMUTECZEK. Kolejny sklep za ile? Jedyne 2,8 km, czyli do przejścia niecały kilometr! IDZIEMY!

JEST! Teraz Nasi Drodzy patrzcie i podziwiajcie! To nie jest jakiś wypasiony supermarket w Kuala Lumpur, gdzie kupicie sery pleśniowe i roszpunkę. O nie, to jest kwintesencja azjatyckiego podniebienia!

Przy wejściu umieszczono dział owocowo - warzywny. Z ogórka, ananasa i kokosa na pewno dałoby się przyrządzić pyszne danie. Niestety, nie mamy odpowiednich narzędzi kuchennych...


Po chwili wyłania się więcej warzyw. Różne zieleninki znane nam już z Chin, tofu i ziółka na uspokojenie i inne dolegliwości.


I widok na całość sklepu. Towaru jest, jak widać, mnogo. Pytanie, co wybrać?!


Może poczciwe rureczki (czy w Polsce nadal są dostępne)?


A może suszeniny z potworów morskich do zagryzania na plaży?


NIE! Porządny Azjata zawsze i wszędzie wybrałby bułeczkę (tak zwany bun)! Słodziutką i mięciutką, z jakimś szałowym nadzieniem. W tym przypadku w kremem z.... batata! Słodki jest batat? Słodka bułeczka? Pasuje! Być może pamiętacie z dzieciństwa bułeczki mleczne sprzedawane w opakowaniu po 10 sztuk. Można je było spłaszczyć prawie na zero, a one i tak wracały do dawnych rozmiarów. Azjatyckie buły to właśnie ten typ!


Bułeczkę popić należy zdrowotną wodą w nosorożca. Keczup kupiła ją kiedyś dla śmiechu, lecz smak nie zachwycił.


Tu widzimy kolejną bułeczkę i piękny przykład ingliszu zwerbowanego przez malajski. Nie bun, a ban, wszakże najlepiej jest pisać tak, jak się mówi. Zielone nadzienie to chyba aloes, choć te liście wyglądają nieco podejrzanie.


Tu mamy już nie ban, a bardziej ekskluzywne ciasto, znaczy się KEK (od słowa kejk - ciasto). Tak leciutkie, jakby się szyfon jadło! 


Dość już tych ciastek, czas na bardziej solidne dania! Wybór ryżu, jak wiadomo, nie jest rzeczą łatwą. W Chinach każdy dobry gospodarz posiada specjalny wózek, na który ładuje 15 kg ryżu oraz butlę 5 litrów oleju i tak oto wraca do domu jak bohater!


Bardzo lubiane i poważane w Azji zupki w proszku. Tu widzimy sam proszek, który sypie się do uprzednio przyrządzonego makaronu. Zupki je każdy i wszędzie, czy to w podróży, czy w pracy czy w domu na obiadek. Ba, całe rodziny jedzą zupkę z proszku na rodzinny obiad!


A na deser... TO! Nie do końca wiemy, co to, ale wygląda na owoce w syropie. Kolory radioaktywne jak słynne sirupy do rozrabiania z wodą, przywożone niegdyś z Czechosłowacji.


I ciasteczko do herbaty.


Malezyjczycy mają do języka angielskiego podejście dość kreatywne i szybciutko wpletli niektóre słowa do języka malajskiego. Tak, tak, to są teraz oficjalne słowa malajskie! Wiadomo, jak to jest, gdy każą uczyć nam się języka, gdzie inaczej się pisze, a inaczej mówi - wychodzi z tego KLOPS! A, jak to mówią, życie należy sobie ułatwiać, a nie utrudniać! Dlatego właśnie malajski poupraszczał formy i tak mamy nie sos chilli, a swojskie CILI!


Kari zamiast curry. I od razu wiadomo, jak się czyta nazwy egzotycznych potraw!


Jakieś obco brzmiące coffee? A gdzie tam, KOPI!


Dla kawoszy jest i kopi susu (cokolwiek to jest).


OREN JUS!


Tu widzimy nie ban, nie kek, a biskut!


I bardzo kawaii misiowe biskut coklat.


Musimy przyznać, że bardzo jest to wesołe i urocze. Przypomina trochę japoński, gdzie różniste słowa pochodzenia obcego pisze się osobny alfabetem katakaną, dzięki czemu mamy purezento (prezent), Buenosuairesu (Buenos Aires) czy Makudonarudo (McDonald's).

Gęba cieszyła się niezmiernie mimo perspektywy powrotu kolejne 3 kilometry (w dodatku z siatami)! Chcąc odłożyć tą wątpliwą przyjemność w czasie, postanowiłyśmy pooglądać jeszcze trochę produktów.

Ten Mister Potato kosztował w Chinach w dziale dóbr luksusowych produktów importowanych chyba ze 20 zł! Swoją drogą to, że Chińczycy uznają malezyjskie czipsy czy tajskie mleko kokosowe za wrogi obcy towar podlegający specjalnemu opodatkowaniu jest mocno śmieszne.


Wszystkie chińskie dzieciory wiecznie memlają te gluty!


Sklep posiadał też dział drogeryjny. Nie jarał nas on zanadto, bo zakupy kosmetyczne poczyniłyśmy już w dzielnicy hinduskiej w Kuala Lumpur (takie zdobycze, że szok!).


Nie zabrakło pobożnych akcentów. Prowincja ma to do siebie, że islam trzyma się hardo i nie sposób spotkać kobiety bez chusty (wliczając w to kilkuletnie dziewczynki, ale nie będziemy się nad tym rozwodzić, bo skończy się jaką burdą). No dobra, czasami zdarzy się chińska turystka.


I czas powiedzieć baj baj, pakować siaty na plecy i raźno maszerować do domku w dżungli, by tak rozpocząć konsumpcję naszych banów!


Całkiem gratis dodajemy dwa hiciory, spotkane w sklepie w Kuala Lumpur. Zdrowotne chipsy z różnistych ziemniaców (batatów)! Ten fioletowy kupiłyśmy kiedyś nawet i przyrządziłyśmy... Źle to się skończyło. Nie dość, że Katarzyna chciała sfajczyć mieszkanie, zostawiając tego ziemniaco - buraca we włączonym ryżowarze i udając się do szkoły, to jeszcze był ohydny jak najgorsze zło!


I kawa dla koneserów. Widać, że stolica, coffee zamiast swojskiego kopi. Którą byście wybrali?


I z powodu tego, że asortyment w markiecie był nieco ograniczony, to już koniec produktów na dziś. Oczywiście do sklepu musiałyśmy maszerować codziennie po nowe dostawy słodziutkich bułeczek, słodkich napitków, zupek w proszku i różnych dziwnych smakołyków, a pod koniec pobytu nie mogłyśmy już patrzeć na jadło tego typu... Niemniej, wyjazd uważamy za bardzo udany! Czekajcie na więcej wieści z naszego resortu, bo jest to historia pierwsza klasa!

Pa! :*

8 komentarzy:

  1. Chipsy z fioletowych batatów nie wyglądają zachęcająco! Jak smakowały? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chipsów nie skosztowałyśmy, za to jadłyśmy kiedyś tego fioletowego batata na żywca ugotowanego w ryżowarze (choć według nas wygląda jak burak, a burak to zło). Niestety, jak łatwo się domyślić, był mega paskudny. Do tego stopnia, że choć wolimy jeść z obrzydzeniem niż coś wyrzucić, to to coś wylądowało w koszu XD.

      Usuń
  2. Durianowa kawa? NIe, no tego za wiele! XD;;;;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja trochę żałuję, że nie kupiłam! /Kaha

      Usuń
  3. Aż musiałam Was dodać do moich obserwowanych blogów żeby mi było łatwiej odnaleźc waszego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale co to jest ta woda z nosorożca? Coś takiego jak cisowianka? Czy ma mieć jakieś specjalne właściwości?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest jakaś rzekomo zdrowotna woda mająca zdolności chłodzące organizm, idealna na lato. W smaku trochę paskudna.

      Usuń