wtorek, 22 listopada 2016

Beznadziejne koreańskie kosmetyki? 5 największych porażek (edycja makijaż)


Azjatyckie kosmetyki pielęgnacyjne podbijają nasz rynek. Całkowicie odmienne podejście do pielęgnacji sprawia, że zwykłe po prawdzie kosmetyki, wydają nam się niesamowitą receptą na azjatyckie piękno. Azjatyckie kosmetyki kolorowe są znacznie mniej popularne. Dlaczego tak jest? Makijaż zachodni znacząco różni się od tego, promowanego na Dalekim Wschodzie. Tamtejsza kolorówka jest więc całkiem inna i najzwyczajnie przegrywa u nas z amerykańskimi czy europejskimi konkurentami. W zasadzie triumfy święcą jedynie kremy BB. Oczywiście część kosmetyków jest popularna, gdyż jest za słodka by ich nie kupić ->->-> o opakowaniach poczytajcie tutaj.


Zachodnie kosmetyki są w Chinach zwyczajnie drogie. Znacznie droższe niż w Polsce. Przepłacanie za badziewne Loreale czy inne Mejbeliny, podczas gdy wszędzie dostępne są nieznane nam jeszcze koreańskie czy japońskie cudeńka? To nie wchodzi w grę! Niestety mimo czytania recenzji, zdarza się, że coś nam nie podpasuje. Zdarza się też, że kupimy coś tylko dla zajawki i bez pomyślunku...




Oto lista największych kosmetycznych porażek!


1. Lioele Dollish Veil Vita BB (odcień zielony)

Jest to jeden z popularniejszych kremów BB. Czytałyśmy wiele opinii o tym, że jest jasny i ładnie dopasowuje się do odcienia skóry, który mamy. Ba! Daje nawet efekt fotoszopa i nie wymaga używania korektora. A wszystko to dzięki innowacyjnej formule, która łączy w sobie krem BB i bazę pod makijaż. Wydawałoby się. że to mega sprytne rozwiązanie. Jak krem ów sprawdził się u nas?





Keczup, człowiek ze średnio jasną i dość żółtą cerą, skusiła się na ten krem jako pierwsza. Ma ona trochę problemów z cerą, więc zależy jej na dobrym kryciu i niwelowaniu widocznych jeszcze blizn potrądzikowych. Niestety ów krem BB zamiast robić to wszystko, co producent obiecał, robił Keczupowi... białą twarz. Wyglądała ona niczym aktor opery pekińskiej albo i co druga Chinka w metrze (dramatycznie jaśniejsza twarz jest mega popularna wśród pewnego typu modnych dziewcząt). Porzuciła więc ona ten specyfik bez wielkiego żalu. Jego trwałość nie była bowiem zadowalająca i zwyczajnie nie utrzymywał się na cerze skłonnej do przetłuszczania się (choć 35 stopni też mogło mieć na to wpływ).

Kosmetyk przejęła więc Katarzyna. Jasny jest, więc będzie dobry do jej gęby. Nie ma co się rozpisywać. Zostawiamy Was z tym zdjęciem...


Nie zawsze się utlenia. Keczupowi robił efekt zupełnie odwrotny. Jednak warto wiedzieć, że można skończyć z taką gębą.

A tu pokazujemy dzisiejszy test utleniania się na skórze Katarzyny:






2. Etude House color in liquid lips


Nie było nas w Polsce, gdy zaczęła się moda na szminki w płynie. Nie wiedziałyśmy, jak to ma dokładnie działać. Czy przypominać bardziej błyszczyk, czy może normalną szminkę. I o co chodzi z tym całym zasychaniem? Kiedy Etude House wypuściło pierwsze takie pomadki od razu baaardzo się podjarałyśmy. W sklepie kosztowały one 120 juanów, czyli około 70 zł, drogo! Zamówiłyśmy je więc sobie przez Taobao prosto z Korei i tym sprytnym sposobem miałyśmy dwa cuda za 100 zł. W dalszym ciągu dość drogo (to nie Kat von D czy Jeffree Star w końcu!), ale już akceptowalnie. Kaha kupiła różowy, Keczup czerwony. Cieszyłyśmy się wielce, bo taka nowość i taki szał. Co prawda szminka rozmazywała się jak szalona (nie ważne, jakby się człowiek starał, to i tak wypływała ona poza kontur ust) i malowanie nią nie należało do najłatwiejszych, nie zasychała i nawet po 2 godzinach od aplikacji zostawiała ślady wszędzie (i rzecz jasna nie przestawała się mazać), ale przecież była wspaniałą, modną pomadką w płynie! Miny zrzedły nam troszkę, gdy po czasie (kilku miesiącach od zakupu) pomadki zmieniły kolor. Naprawdę! Teraz są do siebie bardzo podobne, pomimo tego, że zakupiłyśmy czerwień i róż.

Teraz mamy szerokie porównanie od pomadek Jeffree Stara po Wet'n'Wild za 10 zł i... UWAGA: płynna szminka z Etude House ma WSZYSTKIE możliwe wady takiego produktu. Czy wspominałam już, że nie pokrywa ust równomiernie?


Tutaj pomadki na naszych gębach







3. Etude House Berry Delicious Strawberry Souffle Nail



Katarzyna silnie podjarała się na zakup całej limitowanej truskawkowej serii z Etude House. Oczywiście w sklepie paletki wyprzedały się bardzo szybko i trzeba było zamawiać z Korei. Niestety paletka przyszła w takim stanie, a Chinka z Taobao uznała, że 2 juanu zwrotu za szkodę to idealna rekompensata. W końcu paletka nie jest prezentem dla kogoś, no i to wszystko proszek, więc można używać. Cud uchronił nas przed zamówieniem pomadek (były truskawkową wersją tych okropnych) i różu. Niestety truskawkowe paznokcie były czymś, czego nie potrafiłyśmy sobie odmówić...

Lakiery z tej serii były niedrogie. To trzeba im przyznać. Porównując je jednak do innych produktów tego typu musimy stwierdzić, że nie warto wydać na nie żadnego pieniążka. Dlaczego?
Są bardzo rzadkie, więc trudno jest nie zalać skórek, czy choćby ładnie pomalować płytkę. Warstwy, nawet cieniutkie, schną wieki. A gotowy manicure, nad którym musimy spędzić za dużo czasu, trzyma się kilka GODZIN. I mówi to Karol Keczup, który lakiery z Wibo nosi bez uszczerbku przynajmniej z 5 dni. Jedynym pozytywem są naprawdę słodziaszcze kolory.




4. Innisfree Powerproof pen liner 

Innisfree jest znane ze swoich doskonałych kosmetyków pielęgnacyjnych. Naturalne składy, bogactwo wyspy Jeju i ekologiczne kampanie bardzo trafiają w nasze gusta, więc Innisfree szybko stało się naszą ulubioną marką (nie, żeby twarz firmy – Lee Minh Ho, miała tu jakiś swój udział), toteż nie zawahałyśmy się sięgnąć również po kosmetyki kolorowe. Krem BB bez silikonów, tusz sojowy? Przecież to wszystko wspaniałe rzeczy! Nabyłyśmy więc duuuużą kolekcję owych kosmetykow i w większość przypadła nam do gustu. Było też kilka kosmetyków gorszych, jednak jeden okazał się wyjątkowym bublem: eyeliner w pisaku!




Katarzyna nie do końca lubi kosmetyki tego typu, bo wbrew pozorom kreski robione pisakiem nie wychodzą jej wcale precyzyjnie. Trzeba ją prowadzić wolno i poprawiać. I tu pojawia się największy problem. W eyelinerze, po otwarciu go, nie ma jakby wystarczającej ilości kosmetyku, by wykonać całą kreskę. Trzeba go zamknąć i lekko wstrząsnąc. Wydawałoby się, że to nie problem. Jednak tusz na powiece zdąrzył już przyschnąć i... próbując dokończyć kreskę zdejmujemy ją tam, gdzie była nałożona. To samo dzieje się w przypadku prób wyrównania/pogrubienia i innych machinacji. Jest to więc kosmetyk dla perfekcjonisty z baardzo małymi oczami ;).


EDIT:
Dzisiaj testowałyśmy go jeszcze raz, żeby zrobić zdjęcia swatchy. I już się tak nie zdziera, aczkolwiek dalej się okropnie kruszy. W Chinach testowałyśmy go wielokrotnie i zawsze nie działał... Dziwne. Czyżby pomógł mu wielogodzinny lot? Jakie macie doświadczenia z tym produktem? Ja nadal będę go testować. Może kiedyś napiszę samokrytykę!


5. Missha the style defining blush 

Azjatyckie róże są inne niż te, które promuje się na zachodzie. W Azji nie konturuje się twarzy, a przynajmniej nie tak dramatycznie, jak promuje to np. Urban Decay czy inne marki rodem z USA. Delikatny bronzer, rozświetlacz, samo przygotowanie twarzy ma za zadanie pokazać nieskazitelną, świeżą cerę. Piękną twarz. Róże nie są więc silnie napigmentowane i często przypominają rodzaj matowego (są też błyszczące lub półmatowe) rozświetlacza, który modeluje twarz delikatnym, jasnym kolorem. Często jest to lawenda, cukierkowy róż, czy pomarańcz. Zostawiają jednak na twarzy coś w rodzaju rozjaśnienia jej tym kolorem i nakładane są całkiem inaczej niż nasz konturujący róż.



Taki, dość dziwaczny kosmetyk, bardzo ładnie wygląda na jasnej cerze i naprawdę pomaga uzyskać świeży i bardzo dziewczęcy look. Mamy kilka takich róży i jesteśmy z nich bardzo zadowolone, bo pomagają uzyskać dość szalone makijaże. Niestety trafiła się i jedna okropna porażka: pomarańczowy róż z Mishhy. Co jest z nim nie tak? Hmmmm... pigmentacja. Czy to nakładany pędzlem, czy palcem po prostu nie istnieje. Nie chodzi o to, że rozblendowuje się do zera. Nie. Już w momencie nakładania go, nie ma koloru. Nie ma też efektu rozświetlenia. Nie ma żadnej ciekawej struktury, nie ma brokatu, nie ma nic. Jakby go w ogóle nie było. Rozumiemy, że koreańskie róże są inne niż zachodnie, ale jego całkowity brak wydaje nam się jednak przesadą.



Tak, na nadgarstku jest róż!



To już wszystkie 5 kosmetyków, które wybrałyśmy do miana największych porażek. Oczywiście dałoby się ich wybrać więcej i jeśli takie krótkie recenzje Wam się przydadzą, to bardzo chętnie popełnimy i kolejną piątkę. Kolejna notka z kosmetycznej serii będzie jednak dotyczyła 5 absolutnych hitów. Mamy kilka kosmetyków, bez których nasze facjaty nie mogły by się obejść i które całkowicie zmieniły nasz makijaż. Czekajcie więc grzecznie! I koniecznie dawajcie znać, czy te kosmetyki sprawdziły się u Was!

35 komentarzy:

  1. Toż pomarańczowa twarz Katarzyny jest wspaniała! Proponuję wymazać tym specyfikiem całą odsłoniętą skórę i po problemie ;)
    Agi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Agi. Rozważę! Taki codzienny cosplay Indianina byłby ciekawą odmianą!

      Usuń
  2. Czy szminka Etude House to nie jest przypadkiem tint, który się wklepuje w usta, a nie nakłada jak normalną szminkę? :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje nam się, że to szminka. Taką ma formułę, konsystencję i wskazuje na to nazwa. Keczup miała kiedyś i tint z Etude House, był równie beznadziejny :P.

      Usuń
  3. Co do truskawkowego lakieru to też mam i mega słabo się trzyma. U mnie akurat z aplikacją i schnieciem nie ma problemu, no ale jak lakier zdziera się po 1 dniu (a tak naprawdę po 1 kąpieli) to trochę słabo :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdziera się okropnie! Próbowałyśmy też z bazą i top coatem, wtedy trzymał się trochę dłużej, za to... pękał. Beznadzieja.

      Usuń
  4. Co za koszmarki O.o podkład wygrywa!

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem co się Wam nie podoba w płynnych szminkach. Toż zdjęcia wyszły wielkiej urody, zwłaszcza te z rybkami. DCz

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja zawsze chciałam mieć ten krem bb! ;-;
    ok już go nie kupię XD
    I mam czerwony szminko/błyszczyk z Etude House, nie wiem czy się rozmazuje bo sama zmyłam po 10 minutach xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sporo ludzi poleca ten bb i twierdzi, że u nich nic takiego się nie dzieje, więc może warto znaleźć gdzieś próbkę. Szminka była aż tak beznadziejna? My hardo nosiłyśmy, myśląc że tak ma być! A tu się okazało, że wibo lepsze...

      Usuń
  7. nie miałam żadnego z tych kosmetyków :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja testowałam podkład dollish (dostałam próbkę) i dla mojej cery jest genialny. Mialam piękną alabastrową skórę po aplikacji. Planuję zakup po skończeniu obecnie używanego koreańskiego kremu BB. Jak widać, trzeba testować na sobie a nie kierować się jedynie opinią przeczytaną w internecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On się bardzo różnie zachowuje u różnych osób. Mamy koleżankę, która go bardzo chwali i to jej ulubiony bb, więc widocznie i Ty jesteś w grupie szczęśliwców :).

      Usuń
  9. dobrze że do ciebie trafiłam, dzięki za podpowiedzi teraz wiem, czego mam unikać :P a miałaś coś ze skin79? ta koreańska marka- ostatnio dostałam od chłopaka kilka ich kosmetyków w tym świetny żel aloesowy 99% idealny do nawilżania na co dzień albo na problemy z cerą. pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze skin79 miałyśmy tylko próbki kremów bb, ale niezbyt nam się spodobały. Żel aloesowy jest zawsze dobry!

      Usuń
  10. Raczej nie testuje koreańskich kosmetyków, bo wole coś dotknąć nim kupię, a ich stacjonarnie po prostu nie ma. Niemniej, jak by co będę tych unikać.
    Btw. w przypadku pomadek przydałoby się zdjęcie bez min ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest trochę sklepów stacjonarnych w Polsce, gdzie można sobie pomacać kosmetyki, w Krakowie na przykład jest, takie szczęście!

      Zdjęć bez min niestety nie posiadamy, a że pomadki popadły w zapomnienie to nie było, jak zrobić nowych....

      Usuń
  11. Będę omijać te kosmetyki, choć przy mojej ekscytacji na koreańskie produkty i tak pewnie kupię wszystko co popadnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze trzeba czytać recenzje i najlepiej brać też próbki!

      Usuń
  12. Czyli wiem czego na pewno mam nie kupować :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może u Ciebie by się sprawdziły, ale w zasadzie ryzyko całkiem duże.

      Usuń
  13. Mi akurat lioelle dollish podpasował idealnie, ale kupiłam fioletowy odcień, może też od tego to zależy :0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż wypróbuję ten fioletowy z ciekawości! Choć niestety większość kremów BB jest i tak dla mnie za ciemna :(

      Usuń
  14. Miałam próbki tego cuda od Lioele i potwierdzam :P Szkoda paletki :c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah. Jego się kocha, albo nienawidzi!

      Usuń
  15. Umarłam przy wpisie z Innisfree i wzmiance o Lee MinHo :D
    Aczkolwiek to również obecnie moja ukochana wręcz firma kosmetyczna. I History of Whoo (te zapachy, mmmmmmm...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. History of Whoo to są jakieś czary, ale te ceny... A Innisfree kochamy! <3

      Usuń
  16. Na tłustej skórze niestety niektóre bb i podkłady tak ciemnieją (przez niższe pH skóry). Mam ten sam problem bardzo często :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam uber suchą skórę i niewiele rzeczy mi się utlenia... //Kaha

      Usuń
  17. Super post! Ja przeprowadzając się do Wietnamu myślałam, że będę miała tutaj super kosmetyków pod dostatkiem :/ Niestety część jest importowana i BARDZO DROGA, a pozostała część WYBIELAJĄCA (whitening, super extra white, white 100%). Jak kiedyś wrócę do Europy muszę spróbować niektórych koreańskich cudeniek :) Być może napiszę post o tych wietnamskich wybielaczach :D

    Zapraszam: http://oohlalainparadise.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiadomo, wybielanie najważniejsze! A nie ma w Wietnamie sklepów z koreańskimi kosmetykami? W Tajlandii pamiętam, że trochę tego było. Proszę koniecznie pisać!

      Usuń
  18. Ten krem z Lioele jest serio koszmarny. Innych z tych produktów nie miałam ale bb jest okropny zarówno zielony, jak i fioletowy(?). Nie polecam go nikomu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miłe, że ktoś nas rozumie! Słyszałyśmy też głosy, że to wspaniały krem i aż nam się wierzyć nie chce :).

      Usuń
  19. Sformułowanie "kosmetyk dla perfekcjonisty z baardzo małymi oczami" mnie rozbroiło na maksa :D Może to dla lalek?

    OdpowiedzUsuń