niedziela, 4 grudnia 2016

Uczenie angielskiego w Chinach - ANEGDOTKI Z CHIŃSKIEJ SZKOŁY



Nasza kariera nauczycielska niedawno dobiegła końca. Nie mówimy, że na zawsze,  bo może się okazać, że nie zniesiemy "dobrej zmiany" i trzeba będzie opuścić Polskę. Może chęć pomieszkania w Tajlandii, Wietnamie, a może nawet i Japonii, będzie zbyt silna, by nie zacisnąć zębów i nie wrócić do tej pracy. A może po prostu kiedyś zmienimy tylko język i będziemy uczyć chińskiego w Polsce? Czas pokaże...


Nasza dwuletnia kariera nauczycielska sprawia, że wiemy o tej robocie bardzo wiele i w dalszym ciągu będą powstawać notki dotyczące nauczania angielskiego w Chinach. Nasze doświadczenia mogą bowiem pomóc, albo przynajmniej dać Wam do zrozumienia, czego się spodziewać.

Wielokrotnie pisałyśmy o złych stronach tej pracy, ale nie ukrywałyśmy też, że wysokość zarobków doskonale rekompensuje te różniste przeboje --> poczytajcie tu. Czy tylko to trzymało nas w tej robocie? Posłuchajcie szczerej spowiedzi Katarzyny, znanej szerzej jako KEJK LAOSZY.


Chińska szkoła podstawowa po raz pierwszy! 

Moja pierwsza praca w chińskiej podstawówce do końca życia pozostanie jednym z najgorszych koszmarów. Wiele rzeczy, dużo tragiczniejszych w skutkach wydarzeń (jak choćby nawet najstraszniejszy w naszym życiu rabunek), wydaje mi się teraz całkiem ciekawymi anegdotkami, jednak chińska podstawówka... Zaczęłam tam pracę jako człowiek prawie niedoświadczony. Miałam za sobą tylko podejrzany obóz letni i jeszcze bardziej podejrzaną pracę u niejakiego Jacka Danielsa (o dziwacznych miejscach pracy będzie osobna notka).



 Nie miałam pojęcia, jak w ogóle traktować dzieci w wieku 10-12 lat. Czego od nich wymagać i jakimi metodami przekazać im wiedzę? Na dodatek zaszokowało mnie, że dzieci jest w klasie 40-50, a chińska nauczycielka ulatnia się, gdy tylko ma okazję. Dzieci nie mają zeszytów i mamy grać w gry i uczyć się mówić. W takiej grupie?! Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale bachory najzwyczajniej ignorowały moją ciężką pracę oraz kreatywność i zachowywały się skandalicznie. Może problemem było dla nich to, że mówię do nich w języku zupełnie niezrozumiałym (serio, nawet przedszkolaki były dużo lepsze), a może to, że najzwyczajniej nie byłam dla nich żadnym autorytetem. Tak po prawdzie, to w szóstej klasie zdarzały się dziewczynki wyższe i większe (sic!) ode mnie. Dodatkowo Azjaci mają jakiś problem z określaniem wieku Europejczyków i dzieci za nic w świecie nie chciały wierzyć, że mam 26 lat i należy mi się szacunek. Miałam tam zajęcia godzinę dziennie, zaraz po lekcji w przedszkolu. Później szóste klasy przygotowywały się do egzaminów, więc zostały tylko 3 lekcje w tygodniu, ale i tak... Gdy kończyłam lekcję w piątek myślałam już tylko o tym, że we wtorek o 12 znów będę musiała tam iść i że trzeba będzie robić coś z tymi bachorami.


Przedszkole!




Godzina dziennie w podstawówce jawiła się jako koszmar, za to dwie godziny z przedszkolakami rano i dwie godziny po południu, były dla mnie wręcz rozrywką. Podrzucają mi do klasy dwuletnie dzieci? Spoko spoko. Kejk Laoszy ma doświadczenie! Niestety jestem człowiekiem, który bardzo szybko zatraca się w jednej rzeczy, dlatego postanowiłam zostać "najlepszym nauczycielem".




Kupowanie dzieciom zabawek, żeby zajęcia były jak najciekawsze, robienie pomocy do 2 w nocy, nawet gdy następnego dnia trzeba wstać o 6. Nie mówiąc już i kupowaniu słodyczy w nagrodę za dobre odpowiedzi... Doszło nawet do tego, że gdy spadłam ze schodów w metrze, to bardzo poobijana poszłam do pracy, zamiast odpocząć w domu. Dodam może, że robiłam to wszystko w czasie, w którym pozostali nauczyciele robili swoje, byle robić i by na zdjęciach dla rodziców wyglądało dobrze. I jednocześnie zarabiali tyle samo, bądź więcej niż ja.

Niestety przez mojego wstrętnego agenta przedszkole nie przedłużyło z nami umowy. Kolejne przedszkole, tak zwane "Najlepsze Przedszkole", pojawi się jeszcze w innej notce, nieco zmieniło moje zaangażowanie. Pewnie dlatego, że byłam bardziej nianią, niż nauczycielką...



Podstawówka po raz drugi!

Kiedy zaproponowano mi prowadzenie Klubu Dyskusyjnego w podstawówce, nieco zmroziło mi kark. PRZECIEŻ TO ZNÓW BĘDĄ 12 LETNIE DZIECI! - pomyślałam drukowanymi literami.  Dzieci takie jawią mi się jako małe potwory, które z radością rozszarpałyby swojego nauczyciela żywcem. Naprawdę nie rozumiem, jak można uważać, że są mniej kłopotliwe niż przedszkolaki. Praca miała być jednak lekka, miła i  przyjemna. Krótka (20 minutowa) prezentacja na temat jakiegoś kraju, a później dzieci dyskutują. I tak godzinkę w tygodniu. Brzmi spoko? Jak było?


Przygotowanie pierwszej prezentacji multimedialnej zajęło mi chyba z 12 godzin... Trzeba było nie tylko zdobyć informacje o danym kraju, ale jeszcze je przesiać, ustalić strukturę prowadzenia takich zajęć i wszystko w formie atrakcyjnej dla dzieci. Kolejne kraje były już prostsze, bo miałam wzór prezentacji, ale w dalszym ciągu zajmowało to kilka godzin. A jeszcze szukanie jakichś ciekawych filmików (film zawsze skupia uwagę lepiej niż zdjęcie)... A przecież płacili mi tylko za godzinę pracy! Mogłoby się wydawać, że to nigdy w życiu się nie opłacało, ale...


Z wykształcenia jestem kulturoznawcą i antropologiem kulturowym. Nic w świecie nie jara mnie bardziej niż to, co obce i egzotyczne. Tak więc przygotowywanie materiałów było prawdziwą przyjemnością. Najlepsza z tego wszystkiego była jednak sama lekcja. Dzieci serio mnie słuchały. I to na dodatek z otwartymi gębami. I, w przeciwieństwie do moich innych paskudnych uczniów, darzyły prawdziwym szacunkiem. Posiadałam bowiem niezmierzoną wręcz wiedzę. Trujące żaby w brazylijskiej dżungli, a może kuchnia uliczna Meksyku? Taniec hakka i śpiewanie hymnu Nowej Zelandii po maorysku (polecam, bo jest on wyjątkowo wspaniały, ale tak po prawdzie, to możecie go wyłączyć już po drugiej zwrotce).



A może kręcenie zadkami, by naśladować półnagie panie z karnawału w Rio? Albo wybory na najdziwaczniejsze zwierzątko Australii. Naprawdę bawiliśmy się przednio i widziałam, że wielokrotnie dla tych dzieci otwierają się nowe światy. Może zabrzmi to dość nieskromnie, ale wiem, że wiele z tych dyskusji na zawsze zmieniło myślenie moich uczniów. Bo zobaczyli, że świat poza Chinami jest naprawdę piękny i wspaniały. I że może być baaaardzo inny, niż rzeczywistość, do której młodzi Chińczycy są, dosłownie, tresowane. I że może ich Dżongło nie jest jednak najwspanialsze na świecie.

To podczas tych zajęć udawałam też Kanadyjkę --> możecie o tym poczytać tutaj. W sumie wielokrotnie złamałam też różne chińskie zasady nie poruszania tematu religii, polityki i takich tam. Pokazałam dzieciom gołe tyłki pań tańczących sambę! I co ciekawe, w tym wieku dzieci już nie wykrzykiwały fuuuuuuuuj, ale zaśmiewały się do łez. Samba wydała im się jeszcze zabawniejsza niż taniec hakka, który wygląda TAK:


Z resztą pani chińska nauczycielka stwierdziła radośnie, że mogłabym ja dzieci nauczyć tańca hakka, coby odtańczyły go na akademii z okazji końca roku...

Wnioski z tej pięknej historii są proste: Czasem lepiej robić coś, co sprawia Wam przyjemność, nawet, jeśli zarabia się mniej. I... nie wszystkie dzieci są wstrętne i podłe. Nawet małe Chiniątka mogą być... miłe, a praca nauczyciela nie zawsze jest podła i straszna. Muszę nawet przyznać, że troszkę za nią tęsknię...

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. W zasadzie obie jesteśmy z etnologii i antropologii kulturowej:)

      Usuń
  2. Eeeee..... to nie są żadne anegdotki.... dajcie jakieś hardkory. Jestem pewna ze mnóstwo hardkorow Was spotkało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Katarzyna, która kocha dzieci, chciała podzielić się pozytywnymi doświadczeniami. Na bardziej hardkorowe przygody jeszcze przyjdzie czas!

      Usuń
    2. Ha! Mozna kochac dzieci i nie znosic mentalnosci Chinczorow, jedno druiego nie wyklucza. Do czasu! Ichdzieci sa w koncu ich dziecmi!

      Czekam zatem na hardkory z zapartym tchem.

      Usuń