wtorek, 4 kwietnia 2017

Azjatycka pielęgnacja w podróży - nasza historia i porady


Azjatycką pielęgnację stosujemy już od pięciu lat i naprawdę zmieniła ona, jeśli nie nasze życie, to przynajmniej twarze. Obie borykamy się z różnymi problemami: Kaha ze skrajnym wysuszeniem i podrażnieniami od wszystkiego, a Keczup z powracającym trądzikiem. Z powodu tych przeciwności losu dbanie o skórę traktujemy bardzo poważnie i nie odpuszczamy nawet na chwilę! Nauczyłyśmy się bowiem, że bakpakerka bakpakerką, ale twarz ma się jedną i nie warto o niej zapominać nawet, gdy padasz po kilku godzinach maszerowania w dżungli. Często ludzie dziwią się: "i Wy to wszystko nakładacie codziennie? Ja bym nie dała rady!" Nie jest to takie trudne. Wystarczy wyrobić w sobie pewną rutynę. Oczywiście nie wszystko da się spakować, gdy jedziemy tylko z bagażem podręcznym. Jak sobie radzimy?



Dlaczego podróż to czas, kiedy szczególnie trzeba dbać o swoją twarz?

Jak wiecie, preferujemy podróżowanie w opcji budżetowej. To oznacza nocowanie w tanich hostelach, przemieszczanie się lokalnymi środkami transportu, autobusy zamiast samolotów, raczej lokalne budy i taniutkie restauracje niż wykwintne wyszynki. Niestety to wszystko, a szczególnie stołowanie się w nikczemnych budach, lubi odbić się na cerze.


Zdarza się również, że przemierzając duże odległości, zmieniamy klimat. Kiedyś, gdy mieszkałyśmy jeszcze w Chinach, byłyśmy w GuangXi w prowincji obok naszego Guandongu i okazało się, że różnica temperatur wynosiła... 25 stopni. Gdy w jeden dzień jest gorąco tak, że pot spływa po twarzy, a następnego dnia znajdujesz się w miejscu, gdzie jest ledwo kilka stopni, skóra wariuje. Wariuje też, gdy lądujesz w miejscu, gdzie jest blisko 40 stopni, a wilgotność przypomina szklarnię. Może to powodować zapychanie cery, wysyp brzydkich niespodzianek i innych boleści.

Gdy chcesz zobaczyć trzy kraje, a masz na to 20 dni, tempo zwiedzania jest zazwyczaj nieco okrutne. Ciągłe zmiany miejsc, niedosypianie, noclegi w autokarach i takie tam atrakcje. Co dzieje się z Waszą cerą, gdy przez kilka dni śpicie po 4 - 5 godzin dziennie? Nasza jest szara, zmęczona i łatwo się odwadnia. Dodatkowo duży wysiłek fizyczny, jakim jest ciągłe maszerowanie sprawia, że nie sposób dostarczyć dość wody do organizmu.


Co zabieramy w podróż?

Wyjazd to nie jest dobry czas na eksperymentowanie z pielęgnacją. Masz nowy krem, kupiłaś szałowe serum z witaminą C, a może chcesz się wysmarować jakimiś kwasami? Odłóż to wszystko na tak zwane po powrocie. Nie można dostarczać skórze dodatkowych stresów w postaci zmian pielęgnacji. Daj jej to, do czego jest przyzwyczajona i co zazwyczaj jej pomaga. My zabieramy więc nasze hity (tutaj są keczupowe, a w kolejnej notce kahowe hity pielęgnacyjne).


Testowanie nowych kosmetyków jest niezbyt mądre. Co jeśli dostaniesz reakcji uczuleniowej albo kosmetyk poparzy Ci gębę? Gdzie wtedy szukać dermatologa? I jak łazić z takim zakazanym ryjem po Angkor Wat?! Katarzyna wie, co mówi! Ostatnio, gdy zrobiła sobie szałowe kreski różowym cieniem, to zostały jej również... po zmyciu makijażu (tak zwany makijaż permanentny poparzeniem XD)! Leczenie takiego oka zajęło 5 dni!

Absolutnie nie bierzemy żadnych kosmetyków z silnymi kwasami! Przy ich stosowaniu nie wolno nadmiernie wystawiać się na słońce. Filtry filtrami, ale nie ma co ryzykować plam na skórze.

Najważniejsze jest nawilżenie, bo to tajemnica dobrego wyglądu suchej skóry, nie przetłuszczania się skóry tłustej oraz nie tworzenia się zmarszczek. Bierzcie więc wszystko, co daje nawilżenie!

Pro tip numer 1:


Maseczki w płachcie! My staramy się je robić choć dwa razy w tygodniu, jednak na podróż zabieramy ich znacznie więcej. Nic nie nawilża skóry tak, jak te maseczki, więc to maksimum efektu przy minimum nakładu sił! Na plus dodajmy, że raczej nie przyczepiają się do nich na lotnisku i nie każą wykładać z płynami. Zabierania maseczek w podróż nauczyłyśmy się od różnych koreańskich i japońskich podróżniczek. Dwie japońskie dziewczynki, z którymi jechałyśmy słynnym busem from hell, wyjaśniły nam, że taka długa podróż autobusem nie może się odbyć bez zrobienia aż dwóch maseczek! Ogółem rytuały pielęgnacyjne, które tam odprawiały były godne podziwu. Zabierajcie więc maseczki w płachcie - również dlatego, że łatwiej nałożyć je niż coś do zmywania.

http://www.elle.com/beauty/makeup-skin-care/news/g28299/how-to-moisturize-after-flight/

Pro tip numer 2:

Próbki! Wiecie, że kochamy próbki. To idealna metoda na sprawdzenie, czy jakiś kosmetyk jest dla nas dobry. To też tania metoda kupowania rzeczy tak drogich, jak wspaniały krem pod oczy z Rodziny Fo. Ba! To nawet wygodniejsza forma niektórych maseczek, takich jak na przykład nasza ukochana maska sezamowa ze Skin Fooda. Próbki średnio sprawdzają się przy tonikach, esencjach, kremach czy serum, dlatego też te rzeczy kupujemy w pełnych opakowaniach (a potem przelewamy je do mniejszych). Przy kupnie pełnowymiarowych rzeczy wiele sklepów dodaje masę próbek! Koło więc się toczy, a my mamy co zabrać na wyjazd <3. Próbki to możliwość zabrania wielu rodzajów kosmetyków, które nie przekraczają regulaminowych 50 ml.



Pro tip numer 3:

Krem BB z wysokim filtrem. Kiedyś nie malowałyśmy się podczas wyjazdów, bo tak radziły różne bakpakierskie przewodniki. To był błąd. Ładny człowiek czuje się lepiej, a wyględna gęba na zdjęciach jest znacznie lepsza niż gęba niewyględna. Od jakiegoś czasu na wyjazdy zabieramy kosmetyki do makijażu. Nie zawsze człowiekowi chce się jednak nakładać ciężkie podkłady (a nawet nigdy), dlatego też miły krem BB jest dobrym rozwiązaniem. Oczywiście krem BB nie zastąpi nam filtra, ale zawsze lepiej mieć dodatkową ochronę. A do poprawek polecamy filtr w sprayu. Niestety nie można go zabrać na pokład samolotu, więc wchodzi w grę tylko, gdy macie bagaż nadany.


Co zabrałyśmy?

Przed wyjazdem wrzuciłyśmy na facebooka tą oto focię (wybaczcie ohydną jakość owych foci, ale robione były w środku nocy podczas pakowania się...).


W wyjazdowej kosmetyczce znalazły się i sleeping packi i esencje i wszystko, co nakładamy zazwyczaj na twarz. Dodatkowo kilka maseczek w płachcie oraz kosmetyki nie koreańskie, które używamy już od jakiego czasu i chcemy Wam przedstawić możliwości ich włączania do azjatyckiej pielęgnacji. Jeśli coś było za duże, to po prostu przelewałyśmy je do mini opakowań (takich z Rossmana).


Czy udało nam się utrzymać nasz koreański rytuał piękna?


Powiedziałabym, że w 80% tak. Maseczki w płachcie i wszelkie mazidła były wsmarowywane (Katarzyna standardowo po dwie esencje i serum albo więcej), jednak...  zabrakło cierpliwości do maseczek do spłukiwania. Ogółem średnio je lubimy, dlatego też robimy je niestety za rzadko. I kolejna sprawa... peeling. W ogóle nie spakowałyśmy peelingu, dlatego też jedyną opcją było stosowanie maseczki z sezamem i lekkiego kwasu migdałowego na noc (przypadek Keczupa). Troszkę za mało, jak na 2,5 tygodnia. Jak się to skończyło? Niestety zaowocowało to nieco zapchanymi porami. Zrobiłyśmy też coś teoretycznie strasznego - nałożyłyśmy na facjaty zakupiony na miejscu krem! Tak tak! Łamiemy swoją zasadę nie testowania rzeczy na wyjazdach. Ale kremy miały tak dobre składy i były tak obiecujące, że nie mogłyśmy się powstrzymać. I robiły nową gębę, ale o tym będzie już osobna notka.


To już koniec naszej podróżniczo-kosmetycznej spowiedzi. Czy podczas  wyjazdy chciałoby się Wam wklepywać w gębę po dziesięć kosmetyków? Czy na co dzień chce Wam się w ogóle to robić? Czy robicie podróżnicze odstępstwa? I czy jesteście ciekawi cudownego bośniackiego kremu?

13 komentarzy:

  1. Świetny wpis:) Ja polubiłam maski w płachcie. Nie lubię jedynie momentu nakładania (ziiimnooo!) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy! Można położyć na chwilę pod kołdrą lub pod zadkiem :).

      Usuń
  2. Jestem ciekawa absolutnie wszystkiego! Dzięki Wam poznałam boski krem pod oczy History of Whoo i w ogóle uwielbiam pielęgnacyjne sensacje. Jeśli chodzi o azjatycką "warstwową" pielęgnację, to nie przepadam za tym ceremoniałem, ale zmuszam się. Tylko w momentach prawdziwego kryzysu walę na twarz krem i już. Pomyśleć, że parę lat temu krem na twarz to była moja "normalna" pielęgnacja, a kryzysowa to... eee... umycie mydłem i... nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, umycie mydłem to cudowna pielęgnacja! Proszę się zmuszać z myślą o pięknej i obiecującej przyszłości! Choć ja, Keczup, przyznaję, że też mi się czasem odechciewa i 5 warstw to już zdecydowanie dość. Katarzyna jest natomiast rekordzistką i nakłada tego miliony. Krem History of Whoo to cudo, tak!

      Usuń
  3. Ja ostatnio grzesze i łamie rutynę bo po prostu padam na twarz, ale w podróży również sięgam po próbki sprawdzonych produktów i miniatury. Maseczki w płachcie to spora wygoda - o wiele łatwiej je użyć w podróży. Mój mały pro tip na podróże - mini woda termalna, w razie wu może pomóc z podraznieniem bo jest wzbogacona w minerały, jeszcze bardziej lokalny pro tip - jak macie dostęp do lodu czy czegoś bardzo zimnego np szklanej butelki z lodówki to nałożyć lekką gaze czy nawet chusteczkę i przyłożyć do twarzy, na upartego można i bez "zabezpieczenia". Nie pozostaje mi życzyć Wam niczego innego niż owocnych podróży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lodowa butelka sprawdziłaby się w Chinach! Woda termalna to też wspaniała sprawa, o ile nie odbiorą na lotnisku jako spray. A jak bywało już super gorąco w naszym mieście Guangzhou to chodziło się nawet i ze zwykłą wodą w butelce ze spryskiwaniem i się lało na spocone ciało :P.

      Usuń
  4. Wpis idealny! Za tydzień mam samolot z Seulu do Polski więc witajcie dłuuugie podróże ;D haha też korzystam z próbek jako z małych pojemniczków ;D stosuję krem, do którego moja twarz się przyzwyczaiła, ale jakoś nigdy nie mogłam zdobyć się na maseczki itd. Jakoś no nie mogę w samolocie! na lotniskach! oh nie ! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, te loty międzykontynentalne.... Ja, Keczup, zawsze mam potem facjatę jak mielonka, cokolwiek bym robiła. Haha, też bym się wstydziła siedzieć z tą maseczką w samolocie, ale Koreanki polecają!

      Usuń
  5. Zgadzam się z tym, że testowanie nowych kosmetyków nie jest zbyt dobrym pomysłem i może się to naprawdę źle skończyć.
    ja zawsze zabieram ze sobą jak najmniej i to, za co jestem pewna. I zawsze wszystko było w porządku :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie próbki i małe słoiczki, opakowania podróżne to prawdziwe wybawienie - inaczej bym się nie zmieściła :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Zamiast próbek można też wpakować w mały pojemniczek swój ulubiony krem :) Ja mam taką cerę, że próbek kremów do twarzy nawet nie tykam, bo boję się, że znowu mnie zapcha...

    OdpowiedzUsuń
  8. Rewelacyjny wpis. Małe saszetki, próbki to wybawienie podczas podróży. A maski w płachcie należą do moich ulubionych 😉

    OdpowiedzUsuń
  9. Podróż nie podróż - o facjatę trzeba dbać. Zdecydowanie bardziej dbam o nią w domu, bo w podróży nie bardzo się chce. Krótka podróż - przydają się próbki, dłuższy pobyt na wyjeździe - wolę niewielkie opakowania w plastikowych tubkach. Jak robię make up (np. w cywilizowanych miastach) bardzo przydaje się dobra baza pod podkład. I od razu jest ochrona przed słońcem. DCz

    OdpowiedzUsuń