poniedziałek, 1 maja 2017

Burda z najlepszą agencją świata, czyli jak rzuciłam pracę w Chinach


Mieszkamy w Polsce już 8 miesięcy! Szok, szał i niedowierzanie. Życie mija nam jakoś podejrzanie wesoło i lekko, ale Facebook czy niedokończone notki w kółko przypominają o chińskich doświadczeniach. Oczywiście również o doświadczeniach nauczycielskich. Dzisiaj mija dokładnie rok od napisania tego posta w jego oryginalnej formie, potem czekał i dojrzewał, aż ostatecznie został podzielony na dwie części. Pozwalamy sobie nie zmieniać jego formy. Niech będzie świeży, jak świeżutkie kurze łapeczki! 


Jak część z Was wie, na początku miesiąca marca Katarzyna rzuciła pracę, w której to od roku niańczyła dzieci. Jest to finisz dłuższej historii. Historii, w której to uczestniczyła i Katarzyna i Keczup, oraz kilka indywiduów, o których pisałyśmy w pierwszej notce na temat nauczania. Katarzyna miała opisać wszystko w jednym dłuższym poście, ale doszłyśmy do wniosku, że kolejne indywidua dostaną swój własny wpis, bo nie wyobrażacie sobie, jacy ludzie uczą angielskiego w Chinach.


Tak się dostaje pracę w Chinach

Jedną z najpierwszych prac Katarzyny był part time w przedszkolu na San Yuan Li, gdzie od pół roku pracowała już nasza znajoma Anna P. We wrześniu, gdy zaczynał się nowy semestr, tak z dwie godziny przed rozpoczęciem pracy zadzwonił do niej Dziefu (Jeff po chińsku), wielce pamiętny agent i rzekł:
- E, masz jakąś koleżankę, coby mogła uczyć w przedszkolu? 
- No mam - Katarzyna szukała bowiem wtedy pracy na popołudnie.
- To niech z Tobą przyjedzie.

Nic to, że Katarzyna nawet nie pomyta, a Anna P miała się już do pracy zbierać. Szybkie mycie, złapanie jakichkolwiek materiałów i jedziem taksikiem, coby tylko zdążyć. Szalony pęd powiódł się! Katarzyna zrobiła jakieś liche demo, została pouczona przez Dziefu, co trzeba poprawić i przyjęta do pracy. Zaraz po tym powiedziano jej, że tu jest jej klasa i żeby się zapoznała z dziećmi. Że wystarczy body language. Okazało się, że zostawili ją po prostu z bandą 2-3 latków na półtorej godziny i niech sobie radzi. 




Tak się traci pracę w Chinach

Ostatecznie ta praca okazała się nie taka zła, bo trwała tylko dwie godziny, pierwsza to lekcja dla maluchów, a później English Corner dla 5-6 latków. Katarzyna wielce przywiązała się do dzieci i mimo straszliwego dojazdu planowała pozostać z owymi dziećmi po wieczne czasy, jednak… okazało się, że dyrektorka nie lubi Dziefu, więc wyrzuca i nas…  Nie pomogły deklaracje miłości do dzieci (o którą serio chodziło, bo Kaha już wiedziała, że pracę jest dostać łatwo) ani propozycja pracy bezpośrednio w przedszkolu (oszczędność, bo brak agenta). Nie nie nie. Nie lubimy Dziefu, on nas oszukiwał i nie dbał o nas. Bye. Ostatecznie Katarzyna dostała propozycję pozostania tam, ale przy współpracy z Jessicą, czyli tak zwaną Raszplą, ale była to kobieta tak podejrzana, że K. nie zdecydowała się na to. Może to i dobrze, bo Raszpla oszukała później Keczupa!


Kto nie wie jak, może poczytać w Chińczyk ukradł moje pieniądze


A tak się wplątuje w chore sytuacje

Na szczęście i nieszczęście okazało się, że Dziefu ma ziomalkę. Niejaką Vivi, która to już wcześniej zatrudniła Keczupasa (tak, w tym biznesie wszyscy znają wszystkich). Podczas wspaniałej świątecznej imprezy (tak, spędziłyśmy Wigilię z cieciami z firmy jedząc pizzę i czekoladki) przyobiecano mnie i Annie P. pracę wraz z Keczupasem w tym samym przedszkolu. Na dodatek dwadzieścia minut obok naszego wspaniałego nowego mieszkania (wielokrotnie zwanego norą). Przez kilka dni wszystko wydawało nam się wspaniałe! Wszystko miało się tak wyśmienicie ułożyć… Jednak…

Na początku stycznia Keczupasowi zostało powiedziane: Sorry, ale nie potrzebujemy Cię na razie. Wpadnij w marcu, to może będzie praca. No cóż… zdenerwowała się ona silnie, bo najpierw zamiast full time miała ona part time, a później miesiąc przed feriami bez pracy. Bez pracy, to i bez pieniędzy. To sprawiło, że Katarzyna podeszła do wszystkiego z rezerwą i podpisała umowę na poranny part time w swoim przedszkolu w Foshanie, o którym pisała kiedyś tutaj.


Przedszkole jej zaczynało pracę od 15 marca, a wróciłyśmy do Chin końcem lutego, jak to po wakacjach i bakpakierkach, bez pieniędzy. Trzeba było zacząć zarabiać, więc zadeklarowała ona, że może popracować dwa tygodnie na pełen etat, a później tylko popołudniami. I wtedy się zaczęło… 


Nauczycielka, czy niańka?

Katarzyna dostała najmniejszą klasę, gdzie upchnięto dzieci poniżej trzeciego roku życia. A jak wiadomo dwuletnie dzieci to też poniżej trzeciego roku. Klasa Anny P, nieco starsza, wyła na potęgę, jednak była na tyle samodzielna by choć załatwiać swoje potrzeby bez pomocy. Bo właśnie! Najważniejsze jest to, że w owym przedszkolu nie miało się lekcji z różnymi klasami. Było się takim jakby “nauczycielem życia”, tylko, że po angielsku. W skrócie oznacza to jedzenie z dziećmi, prowadzanie ich do toalety, asystowanie w lekcjach chińskiego, plastyki, muzyki, no i oczywiście nauczanie angielskiego. 

- Laoshi… bang wo (Pani nauczycielko, pomóż mi) - powiedział chłopiec do Katarzyny pewnego razu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że scena owa miała miejsce w łazience.
- Yyyyy…. Ni yao ziji niao (Musisz sikać sam) - Kaha nadal nie oswoiła się z widokiem malutkich chińskich przyrodzeń i NIGDY w życiu nie zdecydowała by się na… brrrrr…. nawet nie przejdzie jej to przez usta (Keczup rzecze - proszę napisać wprost, że chłopiec prosił o potrzymanie mu siusiaka!).
- Laoshi laoshi… wo bu hui, bang wo… (nie umiem, pomóż…) - chłopiec był bliski rozpaczy.
- Wo bu keyi bang ni. Ni ziji niao. Jia you! (Nie mogę Ci pomóc, musisz sikać sam) - Katarzyna zaklinała rzeczywistość i po angielsku i po chińsku, coby do chłopca dotarło.

I UDAŁO SIĘ. TO JEST NAJWIĘKSZY SUKCES WYCHOWAWCZY W JEJ ŻYCIU!

Bardzo często zdarzało się też tak, że rozryczane dzieci popadały w taką histerię, że kończyło się wymiotami. Niestety K. jest prawdziwym Kejkiem Laoszy i zamiast trzymać się z daleka od problemów, to nosiła dzieci, pocieszała i oczywiście kończyła obrzygana. Fuj. 


Trzeba nadmienić, że gdy po pół roku takich zabaw Katarzyna dostała klasę dzieci  trzyletnich, to wydawało jej się, że to są tacy duzi i rozumni ludzie! Praca z nimi była od tej pory miła i relaksująca. Bo i zabawy ogarniają i już łazienka nie jest dla nich takim wielkim problemem. Co prawda chińskie nauczycielki tresowały je hardo, ale sama rola Kejk Laoszy była już bardziej nauczycielska. Czy od tej pory życie Katarzyny stało się miłe i przyjemne?




Najlepsza agnecja - fight!

Oczywiście najlepsza agencja nie byłaby sobą, gdyby regularnie nie spóźniała się z wypłatami! Po raz pierwszy wielki zonk pojawił się po naszym powrocie z Polski. Po tej pamiętnej historii o tym, jak okradli nas w drodze na lotnisko i straciłyśmy tysiące złotych na nowy bilet, paszport, wizę i takie tam. Nie stresowałyśmy się jednak tak bardzo. Wszak w Chinach czekała na nas lipcowa wypłata Kahy. Okrąglutkie 12 tysięcy juanów, które miało być pieniążkiem na czynsz i ogółem na życie bez stresu do kolejnej wypłaty. Jakże wielkie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że... pieniędzy niet. Mimo, że miały być na koncie od 3 tygodni. Wiadomości z burdą, telefony, dzikie okrzyki i tak dalej. Jednak szefowa, niejaka szalona Vivi, miała wiele wytłumaczeń i obiecywała, że wyśle pieniądze dziś, a to jutro, a to cośtam. Karta zablokowana, przekroczenie limitu, a to nie było jej w mieście, a to cośtam. Tylko co to mnie miało w ogóle obchodzić? Miała tyle czasu...

Pieniędzy za lipiec niet, a tu już wrzesień i trzeba chodzić do pracy. Pracować... za darmo? Bo nie wiadomo, kiedy zapłacą, czy zapłacą i czy pracy nie rzucić. Jako, że trzeba było chodzić do przedszkola, to nie bardzo było jak pojechać do oddalonego o ponad godzinę jazdy metrem biura. W któryś jednak dzień Katarzynie udało się wyrwać chwilę wolnego, wbić do Vivi i zrobić burdę. Dostała dzięki temu... połowę swojej wypłaty. SZAŁ! Oczywiście gratis różne zapewnienia o tym, że nie chcą oszukać, że tu taka dobra współpraca i inne tego typu pierdoły. Wkurzony Kejk to jednak jakość, której Vivi jeszcze nie znała! I nie wiedziała, jak to się wszystko skończy. Ostatecznie wypłata powoli wpłynęła na konto K. Oczywiście wtedy, gdy przepracowała już dostatecznie wiele dni we wrześniu i pracy... nie opłacało się rzucać. Czyż to nie sprytna metoda zatrzymywania nauczycieli? 



Intryga Lulu

Przaśne, nieodpowiedzialne zachowanie Vivi denerwowało nie tylko jej pracowników, czyli białych nauczycieli angielskiego, jeszcze mocniej denerwowało Lulu. Znaną Wam już, nieco psychopatyczną i wielce pogardliwą dyrektorkę przedszkola. Wymyśliła ona sprytny plan - piątka jej ulubionych nauczycieli zrobi burdę Vivi, zwolni się, a niezadowolona z zastępstw Lulu zatrudni ich sama. Bez kilku tysięcy, które zazwyczaj pobiera agencja? Hohoho! To musi się nam opłacić! Tak pomyśleli wszyscy, lecz Katarzyna miała pewne wątpliwości. Nie jest ona bowiem najlepsza w knuciu intryg... ale jak kazali, tak zrobiła. W wielkim stresie, czy to się nie skończy jakąś tragedią, czy nie zostanie się bez pracy w środku semestru i różne tego typu pierdoły.  Kosztowało ją to wiele nerwów, ale ostatecznie tydzień nie chodzenia do pracy był całkiem fajnym urlopem i wszystko udało się załatwić ugodowo. Tylko... Lulu na początek nie zapłaciła ani jednego juana więcej. Czyli czysty zysk... ale dla niej.


Miarka się przebrała!

Praca bez nieprofesjonalnej agencji miała być już wspaniała i korzystniejsza finansowo. Owszem, co miesiąc Lulu odrobinkę podnosiła wypłaty, ale jak się okazało później... bardzo nierówno. Niestety w dalszym ciągu trzeba było... spotykać ludzi z agencji w przedszkolu. Tak tak! Bo połowa nauczycieli nadal dla nich pracowała! Sytuacja niemiła i niezręczna, a na domiar złego... nic się nie zmieniło. Lulu płaciła jak chciała i kiedy chciała. Obcinała pieniądz według swoich własnych zasad i spóźniała się... bo tak. W wielu osobach narastało poczucie niesprawiedliwości, jednak strach się było odzywać. Dodatkowo semestr skończył się o miesiąc wcześniej niż miał, więc wszyscy zarobili mniej niż liczyli że zarobią. Katarzyna jednak ucieszyła się! 1,5 miesiąca wolnego?! Jedziem na bakpakerkę po Wietnamie i Laosie <3.



Gdy wróciłyśmy z tej wspaniałej przygody okazało się... że na koncie nie pojawiła się ostatnia wypłata. Czy ta sytuacja czegoś Wam nie przypomina? Nic to! Znów trzeba było chodzić do pracy. Znów nie wiadomo, czy nam zapłacą! Zaufania do Lulu było coraz mniej. Wreszcie nadszedł dzień, gdy dyrektorka dała pieniążek. O 1500 juanów mniej niż miało być. Do tego po staremu jakieś dziwne wytłumaczenia. Katarzyna bardzo się zdenerwowała. Ciągłe proszenie o pieniądze, które są twoje i na nie zapracowałaś jest po prostu upokarzające. Zrobiła awanturę, wszystko wygarnęła i... rzuciła pracę. I to tylko dzięki mentalnemu wsparciu czterech osób, które to w pamiętnej wietnamskiej restauracji powiedziało jej: Katarzyno, dość!



Mogło by się wydawać, że stracenie 3000 juanów zarobionych w marcu, bo nie wypłacono jej 1500 juanów za styczeń to durny ruch, ale... już postanowiłyśmy, że w sierpniu wracamy do Polski. Czy K. dostałaby wtedy ostatnią wypłatę? I czy taki ciągły stres był tego wart? Okazało się, że strata 4,5 tys jest bolesna, ale Kejk Laoszy, która kocha wszystkie dzieci, znalazła kolejną pracę z łatwością i od tej pory zarabiała więcej pieniążków, a pracowała znacznie mniej. Czasami opłaca się zaryzykować.  Czy podoba Wam się współpraca z Chińczykami? Jak widzicie - nie zawsze pieniądz z nauczania angielskiego w Chinach jest łatwy, prosty i przyjemny!



PS. Zdjęcia dzieci tak luźno powiązane z tematem, ale nie wiemy, co stało się ze wszystkimi pokładami zdjęć z przedszkola...

2 komentarze:

  1. Masakryczna ta praca w Chinach, w sensie te przygody :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Katarzyno byłaś bardzo dzielna i podziwiam Twój największy sukces pedagogiczny, ale dlaczego tak obawiałaś się małego chińskiego siusiaczka? DCz

    OdpowiedzUsuń