niedziela, 7 maja 2017

HIT czy KIT: Płachtowe maseczki Lomi Lomi z Hebe


Azjatyckie, a w szczególności koreańskie kosmetyki zawojowały świat. Bardzo często pytacie nas, czy testowałyśmy jakieś konkretne produkty czy serie. A tak się składa, że testowałyśmy sporo! Tak jest, będziemy pisać więcej notek o tej tematyce, ale nie o pojedynczych maseczkach czy innych produktach, bo to zwyczajnie nie nasz styl. Wydaje nam się, że zbiorcze artykuły będą dla Was bardziej wartościowe, dlatego spodziewajcie się ich! Wiemy, że nie wszyscy lubią zakupy przez internet (choć do nich, jako opcji najtańszej zawsze zachęcamy), dlatego też postaramy się sprawdzać też stacjonarnie dostępne produkty, a także porównywać je do naszych ulubionych maseczek i innych mazideł. Na pierwszy ogień idą zakupione w Hebe maseczki płachtowe firmy Lomi Lomi. Made in Korea, jak głosi opakowanie. I polecane przez Samsunga!



Przyznajemy, że maseczki w płachcie są naszym największym odkryciem i konkurować z nimi mogą tylko sleeping packi. Oczywiście służą do czegoś innego, jednak chodzi nam o innowacyjność produktu. Takowych maseczek mamy ogromne zapasy (przed wyjazdem z Chin odpowiednio się zaopatrzyłyśmy) i używamy ich bardzo regularnie, a także wozimy ze sobą choćby i na harde bakpakerki. Mimo wielkich zapasów... lubimy testować nowości i za każdym razem, gdy znajdujemy jakąś maseczkę stacjonarnie... ciężko nam się opanować. I tym razem skusiłyśmy się na maseczki z drogerii Hebe. 

W sumie kupiłyśmy 4 maseczki, ale wiemy, że dostępnych jest 7 rodzajów, z założenia na każdy dzień tygodnia. Naszym zdaniem to zdecydowanie za częste stosowanie takich maseczek, nawet jeśli mają one sobie radzić z różnymi problemami (choć każda skóra jest inna i testowanie jest kluczem do poznania potrzeb własnej skóry). Wróćmy jednak do maseczek - taki siedmiopak kosztuje 30 zł. My kupiłyśmy je w promocji po 3 zł sztuka. Koreańskie maseczki kosztują w Polsce zazwyczaj 10 - 17 zł, więc... cena Lomi Lomi zachęca. Warto jednak zauważyć, że koreańskie sklepy (czy to stacjonarne, czy wysyłkowe) bardzo często mają promocje na zakup większej ilości takowych cudów, więc nie jest to tak wybitna cena, jak nam się wydaje. Etude House ma teraz promocje i ich maseczki (które bardzo lubimy) kosztują 60 centów, czyli... 2,5 zł.


Dość gadania! Przechodzimy do testowania!


Na pierwszy ogień idzie: 

Katarzyna - maseczka z granatem. Podobno witalizująca.
Keczup - maseczka z acerola. Działanie regenerujące.

Oczywiście nakładamy je na czyste ryjki. Następnie zostały one stonizowane i posmarowane esencją z Misshy. Maseczka jest etapem nawadniającym, więc cera musi być do niej przygotowana. Zawsze piękne i dokładnie umyta. I zawsze musimy przywrócić Ph skóry. Pamiętajcie o tym!


Maseczka z granatem.


Pierwsze wrażenia (jeszcze z maską na buzi):


Maska z granatem śmierdzi tak zwaną parfumą. Ma naprawdę silnie sztuczny i duszący zapach, który może irytować człowieka wrażliwego na tym punkcie. Obawiam się, czy dam radę wytrzymać z nią na twarzy przez 20 minut. Płachta nasączona jest duża ilością (w opakowaniu jeszcze wiele zostało) bardzo lepkiego płynu. To zdecydowanie najbardziej lepiąca formuła ze wszystkich, które testowałam. Po nałożeniu maska bardzo dobrze przylega do twarzy i wysychając nie "odpada" od niej. Szkoda tylko, że już od samego początku lekko szczypie i... twarz robi się ciepła. Nie gorąca, więc nie będę przerywać testu, ale zauważalnie ciepła. Podrażnienie, czy substancje aktywne? Zobaczymy!




Tu muszę uczciwie zaznaczyć, że zaznaczono, że maski powinny unikać cery wrażliwe. Jednak jeszcze żadna maska w płachcie mnie nie uczuliła, dlatego też postanowiłam w sposób kontrolowany kontynuować eksperyment. Skład maski nie jest jakiś powalający, jednak pierwsze składniki nie odbiegają jakość od składu masek Misshy, Innisfree, czy Tony Moly. Wiadomo, że diabeł tkwi w proporcjach, a tu ekstraktu jest jedynie 1%. 


Po zdjęciu maski:


Nic nie wchłonęło się w twarz! Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, ale wszystko można podsumować jednym słowem: LEPISZCZE. Pozostała na skórze esencja po prostu obrzydliwie się klei. Kleją się dłonie i wszystko, co miało kontakt z tym cudem. Ba! Można przykleić swoją rękę do gęby! Odlepiając ją (rękę) słyszymy paskudny dźwięk. Skóra Kahy należy do tych wrażliwych i niestety... po tej pięknej maseczce po prostu swędzi. Podrażnień nie zanotowano. Najchętniej umyłabym twarz, ale Keczup mówi, że recenzja będzie nierzetelna! 

Twarz rano:


Na maskę nie nałożyłam już nic więcej (zazwyczaj nakładam jakiś olej i krem), bo przeraziła mnie ta lepkość, która nie chciała się wchłonąć i wiecie co? Nie wchłonęła się przez całą noc, a jedynie zastygła na twarzy, tworząc jakąś dziwną świecącą warstwę. Wiele maseczek płachtowych ma w składzie glicerynę i dla mojej cery jest ona raczej neutralna. Niestety ta maseczka składała się chyba wyłącznie z gliceryny (w składzie jest na drugim miejscu zaraz za wodą) i daje efekt wysmarowania gęby tymże specyfikiem. Dla cer z tendencją do zapychania to zabójstwo!

Dodatkowo przez cały dzień moja twarz świeciła się i... zrobiła się jakaś tłusta. A raczej zachowywała, jak tłusta. Mimo mycia jej (rano nie robię tego olejem + pianką, a delikatniejszym specyfikiem), przecierania w ciągu dnia i ciągłego spryskiwania wodą różaną... twarz nie chciała się uspokoić, resztki maseczki domyć...





Na pewno nie użyję tej maski ponownie, choć granat jest jednym z moich ulubionych składników. Jeśli też Was on jara, to polecam tanią i nieźle działającą maseczkę firmy the Seam. O tej firmie i ich maskach będzie w przyszłości osobny post.

Maseczka z acerolą


Pierwsze wrażenia:


Maska z acerolą nie śmierdzi, ale też jest lekko perfumowana. Również jest bardzo lepka, a wręcz oślizgła. Keczupowa twarz troszkę piecze, jednak nic jej się nie nagrzewa. Maska przylega do facjaty bardzo dobrze, co jest miłym zaskoczeniem. Podobno ma sprytne kurczliwe włókna, które to czynią! Zazwyczaj wszystkie maseczki są na twarz Keczupa mocno za duże, ta jest w porządku.

Po zdjęciu maski:

Esencja niestety nie wchłonęła się w stopniu zadowalającym. W suche policzki jeszcze w miarę, ale w strefie T niestety nic. Powstało okropne i nieprzyjemne lepiszcze. Nie ma takiego przyjemnego poczucia, że buzia jest nawilżona i odświeżona, tylko człowiek myśli, że ma brudną twarz

Rano:

Do rana większość maski się wchłonęła (w policzki całkiem, strefę T nie do końca), ale nie zrobiła niczego. Ani dobrego, ani złego. Keczup równie dobrze mogłaby nałożyć byle jaki krem i efekt byłby taki sam. W opakowaniu zostało jeszcze dużo produktu, ale Keczup nie pokusiła się o nakładanie go. I tak stoi na saszetka na parapecie i stoi... I jakoś nie może się doczekać na swoją kolej.

Nie mamy w swojej kolekcji innej maseczki naprawczej z acerolą, pomimo, że Keczup bardzo lubi ten składnik. Ale na pewno możemy polecić Wam różniste maski ze ślimakiem. Najbardziej znany jest Mizon, ale nie mamy go aktualnie w kolekcji. Oczywiście Lomi Lomi nie zostanie zakupiona ponownie...





Testowania dzień drugi!


Maseczka z Aloesem



Troszkę przerażona pierwszą maseczką zabieram się za testowanie wersji z aloesem. Jak głosi opis na opakowaniu jest ona nawilżająca, jak zazwyczaj wszystko z aloesem. Twarz oczywiście została przygotowana, jak wcześniej. Dodatkowo byłam po porannym peelingu (nie robię peelingu bezpośrednio przed użyciem nowego i niesprawdzonego produktu).

Pierwsze wrażenia:


Zapach znacznie słabszy, ale nadal mocno wyczuwalny. Nie jest już tak chemiczny, bardziej ziołowy, jednak aloesem to mi to nie pachnie... Maseczka lepi się, ale znacznie mniej. Podobnie do poprzedniej dobrze przylega do twarzy i jest mocno nasączona. W opakowaniu zostało jeszcze wiele płynu, ale... daruję sobie wcieranie go w cokolwiek. Niestety po nałożeniu maseczka również zaczyna lekko piec, a skóra swędzieć.

Po zdjęciu maski:


Część płynu wchłonęła się, ale tak bez szału. Występuje lepkość, ale na średnim poziomie. Niestety gęba lekko się zaczerwieniła. Przyznam, że nie wytrzymałam pełnych 20 minut i zdjęłam ją szybciej, ale wstępne oględziny cery nie wykazały jakichś zniszczeń, dlatego też postanowiłam zostawić esencję z maseczki do wchłonięcia się przez noc. Ponownie nie nałożyłam żadnego dodatkowego kremu, bo chciałam mieć bardziej miarodajne wyniki, plus zwyczajnie wątpię, że w twarz może wchłonąć się tak wiele mazideł.

Rano:


I mam za swoje... Obudziłam się z... tłustą twarzą. To bardzo dziwne, bo mam typowo suchą cerę. Nie mieszaną, a serio suchą suchą! Ta suchość potęgowana jest jeszcze przez problemy z tarczycą... Takoż świecąca i wyolejowana skóra jest dla mnie nowością. Rozszerzone pory, wiele nowych zaskórników i... milion pryszczy. Pomyślicie, że przesadzam, ale niestety nie. Wyglądam jak mielonka rzeszowska :(  Cały dzień próbuję coś z tym zrobić i nie wiem, czy odważę się użyć trzeciej maseczki. Niestety druga, mimo że przyjemniejsza w obsłudze, bardzo spotęgowała efekt tej pierwszej.



Jeśli lubicie aloes to oczywiście polecam po prostu żel aloesowy. Jest ich na rynku bardzo wiele. Maseczki z tym składnikiem ma każda firma. Niedrogie, a dobre jest Innisfree.



Podsumowanie

Od testowania tej maski minęło już 4 dni, a moja twarz jest cały czas podrażniona i wysypana. Zdjęcie poniżej. Przepraszam za brzydkie zbliżenie, na którym skóra wygląda jeszcze gorzej niż w rzeczywistości, ale chciałam pokazać, jak bardzo mnie wysypało, podrażniło i zapchało. Nikt oczywiście nie ogląda twarzy w takim zbliżeniu na co dzień, ale bez zbliżenia nie widać o co chodzi. Moja twarz nigdy nie była jakaś idealna, bo jest skłonna do czerwienienia się i podrażnień, ale pryszcze zdarzają mi się mega mega rzadko. Te brązowe przebarwienia, to po prostu piegi, którymi jestem pokryta od stóp do głów. Taki urok bardzo jasnej skóry. Nawet, jeśli używam filtrów.




Po 2 dniach udało mi się wygrać z dziwaczną produkcją sebum, jednak doprowadzenie twarzy do stanu sprzed tych eksperymentów, zajmie mi jeszcze trochę czasu. Na początku, prócz rzeczy łagodzących (aloes i rumianek) używałam również tych kosmetyków. Postaram się napisać niebawem jakiś post o pielęgnacji skóry w przypadku podrażnień czy poparzeń, bo jeśli nie ma się opracowanych metod walki to popada się w panikę. Doskonale to rozumiem.



Ostatnia maseczka czekała na przetestowanie te nieszczęsne 4 dni, ale... nie odważę się jej położyć na twarz. Wyjęłam ją jednak z opakowania, żeby sprawdzić konsystencję płynu i zapach.


Maseczka z miłorzębem japońskim śmierdzi równie silnie, co ta z granatem. Jednak płyn, w niej zawarty. jest znacznie mniej lepki. W internecie czytałam opinie, że jest fajna. Ale czytałam też opinie, że aloes jest wspaniały i nawilża. Pokazuję tylko i nie oceniam.


Maseczki Lomi Lomi mają bardzo dużo płynu, ale z powodu lepkiej konsystencji dość mało zostaje go w opakowaniu. To w sumie dobrze, gdyby... płyn wchłaniał się w twarz. Normalnie na maseczkę nakładam coś nawilżającego (krem) i jeszcze sleeping pack lub olej. Jednak w przypadku maseczek z Hebe nie miało to sensu, bo nic się nie wchłaniało w twarz. Możecie powiedzieć, że to niesprawiedliwe, bo inne potraktowanie tych masek. Niestety mogłoby to tłumaczyć jedynie suchą skórę (brak dostatecznego nawilżenia w kolejnych etapach), ale nie tłustą i wypryszczoną jak u 15latki. 

Czy kupimy ponownie te maseczki?


Na pewno nie. Keczup nie ma cery specjalnie wrażliwej, ale poprzestała na testowaniu jednej maski, bo zwyczajne nie było efektu. Katarzyna, z cerą wrażliwą, jeszcze nigdy nie doświadczyła czegoś takiego po maseczce płachtowej. Z naszej obserwacji wynikało raczej, że albo maseczki działają wspaniale i robią nową twarz, albo nie robią nic i po prostu nawilżają. Ale efekty masek Lomi Lomi są dla nas nowością. Sheet mask, który nie nawilż? TO JAKAŚ NOWOŚĆ. 

W zasadzie musimy przyznać, że nie spodziewałyśmy się cudów. To maska za 3-5 zł (w zależności, czy jest promocja). Wyprodukowana w Korei, sprowadzona do PL i sprzedana w drogerii, która ma marżę. Oczywiście każdy chce zarabiać na hype na koreańskie kosmetyki, ale... co dobrego może być w takiej masce? Według nas lepiej kupić jedną, a dobrą, zamiast 7 takich. 

Jedno trzeba przyznać producentowi - nie kłamał, gdy mówił, żeby nie używać tego na wrażliwej twarzy. Bo z Samsungiem... wiecie, że to nie jest ten Samsung od telewizorów? Tylko jakiś ubezpieczyciel z taką samą nazwą. A przynajmniej tak wynika z dyskusji w jednej z facebookowych grup. 


Dajcie znać, czy testowałyście te maski i czy jesteście zadowolone z nich. Z chęcią przygotujemy też obszerniejsze wpisy o maskach innych firm, bo mamy ich naprawdę potężną kolekcję. Pytajcie więc śmiało i do następnego razu <3

34 komentarze:

  1. Dlaczego akurat ten artykuł pojawił się dopiero ,jak ja już użyłam wersji z aloesem? XD ... Faktycznie skóra po tym jest jakaś podrażniona i swędzi. X_X Mam nadzieję, że jednak mnie tak nie zaatakuje na twarzy .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj... Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze! Starałyśmy się napisać to jak najszybciej, ale rzetelnie. Koniecznie zmyj resztki maseczki i nałóż coś łagodzącego! Ta z aloesem jest chyba najgorsza :(

      Usuń
  2. Już wiem, że na pewno tego nie kupię, powstrzymywałam się przed kupnem, bo nie chciałam być królikiem doświadczalnym i widzę, że dobrze zrobiłam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! Może i my nie powinnyśmy były ulegać prośbom ;)

      Usuń
  3. Chyba muszę w końcu zaopatrzyć się w jedną taką maseczkę i wybróbować na mojej cerze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może u Ciebie się sprawdzi. Nie radzimy zaczynać od aloesu!

      Usuń
  4. tajemnica kleistości wyjaśniona! Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy to nasze podejrzenia są, ale bardzo prawdopodobne.

      Usuń
  5. nie uzywam maswczek na cale szczescie ☹ boje sie przykrych niespodzianek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W naszym przypadku maseczki to mega ważny element pielęgnacji. Przykre niespodzianki zdarzają się rzadko.

      Usuń
  6. Zazwyczaj jestem bardzo negatywnie nastawiona na te najtańsze maski w płachcie, ale ostatnio natknęłam się na Vanedo - a w zasadzie, nie ostatnio bo maskę jako gratis dostałam do jakiegoś zamówienia z zeszłego roku, ale leżała sobie od tamtego czasu w szafie i czekała na swoją kolej xD

    Tak więc, miałam wersję różaną i kiedy w końcu ją wypróbowałam to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona - nie pozostawiała po sobie żadnej nieprzyjemnej warstwy i szybko się wchłonęła, a rano nie było żadnego wysypu czy podrażnień :D Cera stała się delikatnie rozjaśniona i ładnie nawilżona. Warto je wypróbować bo z tego co widziałam to jest bardzo wiele rodzajów, więc można zaszaleć :P

    Sakurakotoo ❀ ❀ ❀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo! Twoje rekomendacje zawsze traktujemy bardzo poważnie, więc może się skusimy. Ale nie w najbliższym czasie... na razie trzeba tymi sprawdzonymi uratować twarz.

      Usuń
  7. Ja patrząc na składy maseczek w drogeriach rezygnuje z zakupu, bo naturalnie i tanio można sobie samemu jakąś zrobić w domu, więc po co ryzykować :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naturalnych też robimy bardzo wiele. Ale płachtowe maseczki mają specjalne miejsce w naszym serduszku ;)

      Usuń
    2. W Hebe można zakupić takie suche płachty w pigułce. Robisz swoją naturalną maseczkę wkładasz tą pigułko-maseczkę. A ona nasiąka specyfikiem i masz plachtę z wycięciami na oczy nos i buzię ale ze swoją sprawdzoną maską.

      Usuń
  8. Oj nie za ladnie to wyglada :O ja stronie od maseczek tego typu z drogerii, wole sprawdzone i niekoniecznie w plachtach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda tragicznie. Nie ma co się oszukiwać. Czytelniczki prosiły nas o sprawdzenie, bo maski te są łatwo dostępne. Może moja twarz ochroni wiele innych twarzy...

      Usuń
  9. Podziwiam za odwagę, że decydujecie się na takie eksperymenty ;D Moja cera jest wrażliwa i nie trudno jest mi o podrażnienie, pryszcze, zapchanie itd itd. Jak dla mnie z koreańskich kosmetyków Innisfree sprawdza się idealnie . Mam kilka maseczek i zawsze działają dobrze na moją cerę. Ostatnio próbowałam z Tony Moly i moja twarz delikatnie zaczerwieniła się, ale ogólnie ok ;D Jakkolwiek boję się testować aż tyle ;D Azjatyckie kosmetyki czasem mogą przynieśc ogromne niespodzianki ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani piękna buzia jest wiele więcej warta, więc też byśmy nie eksperymentowały. Gdybyś przyszła na sesję zdjęciową z taką twarzą to pewnie nie byliby zadowoleni ;)

      Innisfree jest po prostu najlepsze w swoim przedziale cenowym. Nie ma tu z czym dyskutować.

      Usuń
    2. A co to za odwaga ? Myślę, że każdy z nas czasami po prostu próbuje nowych kosmetyków, w poszukiwaniu odpowiednich dla siebie, więc nie rozumiem Twojego podziwu. Ja przetestowałam 7 maseczek od Lomi Lomi i jestem z efektów bardzo zadowolona i cieszę się, że zdecydowałam się na ich zakup ;)

      Usuń
  10. Oups. Wielkie dzięki za recenzję, bo kupiłam jedną z tych maseczek i czeka sobie spokojnie w łazience na "swój czas". Teraz na spokojnie przeniosę ją do śmieci po prostu :D bo mam wrażliwą skórę i jestem pewna, że wyglądałabym podobnie do jednej z Was (tej w kropki, bez urazy:P).
    Pozdrowienia majowe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do wrażliwej skóry baaaaardzo polecam maseczki z Klairs. Są świetne i niedrogie <3

      Usuń
  11. To i ja się absolutnie nie skuszę!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak powiadają ludowi mędrcy "tanie mięso psy jedzą" i chyba tak jest z maseczkami płachtowymi z Hebe. Dziewczyny, bądźcie czujne na wiosnę!!! DCz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czujnym trzeba być, bo twarz zrujnowana, a czekają nas ważne wyjazdy!

      Usuń
  13. Dzień dobry.

    Jestem przedstawicielem oficjalnego i jedynego dystrybutora w Polsce marki LomiLomi. Z dużą uwagą i starannością zapoznałem się z artykułem zamieszczonym przez Państwa. Każda opinia jest dla nas cenna i ważna. Na bieżąco śledzimy je i staramy się, aby niedogodności były minimalizowane.
    Niestety w przypadku Pani artykułu jest on krzywdzący, nieobiektywny i niestety od razu sugerujący, że przytaczane i pokazywane inne marki są dobre, a nasza najgorsza z możliwych i dostępnych na rynku.
    Dzisiaj niezwłocznie otworzyłem opakowania testowanych przez Panią masek oraz sprawdziłem sposób użycia. Każda maska ma delikatny zapach, a nie intensywny i sztuczny jak Pani napisała. Na maskach jest też informacja, że pozostałość esencji po zdjęciu maski należy wmasować w skórę ORAZ pozostałe wysuszone partie ciała takie jak dłonie i stopy. Esencję z dwóch masek przed chwilą wmasowałem w dłonie i nie kleją się one, a jedynie czuć na skórze pozostawiony film esencji, co jest normalne w przypadku stosowania tego rodzaju produktów.
    Reakcje skórne, które pojawiły się u Pani po zastosowaniu świadczą o dwóch możliwościach, skóra mogła być podrażniona i stąd reakcja, albo Pani skóra jest po prostu wrażliwa na działanie ekstraktów zawartych w maskach. Sam przetestowałem wszystkie produkty z naszego asortymentu (a jest ich kilkadziesiąt) i wiem, że z serii masek tego samego producenta również niektóre mnie uczulają, a niektóre nie, ale nie jest to powód do przekreślania całej marki.
    Proszę nie odbierać tego jako ataku lecz wyjaśnienia, że opinie negatywne również można przekazywać w sposób obiektywny i rzetelny.

    Pozdrawiam serdecznie

    Maksymilian Kobus
    E-commerce Sales Manager
    Blue Dot sp. z o. o. sp. k.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo cieszymy się, że u Pana się te maseczki sprawdzają. U nas, jak widać nie i na pewno nie wrócimy do tego produktu. Każdy użytkownik ma inną skórę i inne odczucia, dlatego właśnie napisałyśmy, jak to wygląda u nas. Właśnie naszymi ocenami i wrażeniami są zainteresowani nasi czytelnicy. Pozdrawiamy serdecznie.

      Usuń
    2. Nie ma to jak zarzucić kłamstwo swoim klientom x)
      Plus ciekawe w jaki sposób można przekazywać obiektywną opinię o produkcie, kiedy opisuje się własne, subiektywne doświadczenia.
      Dzięki dziewczyny za kolejny, ciekawy tekst! :)

      Usuń
    3. Też używałam tych "maseczek", więc p. Maksymilianie proszę nie lać wody. Wielkie gówno, przez wielkie G :)

      Usuń
    4. Pan Maksymilian ma rację. Kupiłam wszystkie, 7 maseczek. Po zdjęciu maski powinno się wmasować to co pozostało na skórze i wtedy wszystko się ładnie wchłania i na to można jeszcze nałożyć krem. Przy maskach w płacie ZAWSZE zostaje film na twarzy ale nie znaczy, że się nie wchłaniają. Fakt, po większości z tych masek nie ma na drugi dzień efektu "wow" ale czuć poprawę nawilżenia. Wyjątkiem u mnie była maska z miłorzębu japońskiego - super efekt. Trzeba też pamiętać, że w przypadku wszystkich masek i zabiegów kosmetologicznych efekty widoczne są na 2-3 dzień :)

      Usuń
    5. Przetestowałam setki maseczek i nie jest to hiperbola, ale realna ilość (w ciągu kilku lat 2-3 maseczki tygodniowo). Mam tak sucha skórę, że większość maseczek wchłania się od razu i zawsze nakładam po nich jeszcze krem/oleje naturalne + sleeping pack. Ta naprawdę się nie wchłaniała. Plus maseczki, które pozostawiły mi na twarzy film mogę policzyć na palcach jednej ręki... Jest to kwestia za dużej ilości parafiny. To są po prostu bardzo złe maseczki.

      Usuń
  14. Miałam okazję przebywać w Korei, ale nigdy nie widziałam sklepu firmy Lomi Lomi Próbowałam maseczki znanych marek na tamtejszym rynku m.in. Etude House, Innisfree. ŻADNA maseczka tych koreańskich firm nigdy mnie nie podrażniła, ani też osób z rodziny o skórze skłonnej do alergii. No ale jeśli Samsung robi maseczki do twarzy...to chyba efekt może być jeden i do tego nie najlepszy. Ja pozostaję przy swoich wypróbowanych markach koreańskich :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja włąśnie zakupiłam maseczkę z miłorzębem japońskim. Myślałam, że to typowa koreańska firma www.misslaura.pl

    OdpowiedzUsuń