sobota, 3 czerwca 2017

Rajskie wakacje, czyli jak udało nam się zdobyć prywatną plażę w Malezji


Morza szum, ptaków śpiew, prywatna plaża, lazurowa woda, warany wesoło hasające wokół... Któż nie marzy o takich rajskich wakacjach? Zamarzyłyśmy i my! Miały to być nasze ostatnie wakacje przed spakowaniem całego dobytku i opuszczeniu Chin na wieki. A że wcześniej nabrałyśmy milion lekcji z chińskimi dziećmi, żeby zdobyć PIENIĄDZE, byłyśmy wykończone. Lenistwo w Malezji to jest plan! Czy wszystko wyszło pięknie, jak miało wyjść? Czy z plaży przepędził nas krwiożerczy waran, a może pojawiły się inne przeciwności losu? Zapraszamy na przygodę!



Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłyśmy udać się na Perhentiany, rajskie malezyjskie wyspy, którymi wszyscy się zachwycają. Niestety w międzyczasie okazało się, że nasz plan ma kilka słabych punktów.
- Pani! Wszystkie noclegi pozajmowane, a te co zostały, kosztują fortunę! - oznajmiła Keczup.
- Co teraz?! - lamentowała Katarzyna. - Nie będzie wakacji, musimy zostać w Chinach!
- NIGDY! Tutaj znalazłam takie maleńkie przyjemne domki...
Wyglądało dobrze! Domki były wolne, tanie i zaraz obok plaży. A że nie do końca na wyspie, a na wspaniałym malezyjskim wybrzeżu... kto by się przejmował. Morze jest wszędzie takie samo!

Jedziemy! Wylądowałyśmy na wyjątkowo lichym lotnisku Kota Bharu i w przeciwieństwie do wszystkich innych bakpakierów kupiłyśmy tylko udział w przejeździe takstówką, bez opcji promu. Szok i niedowierzanie na twarzach ludzi z obsługi lotniska (tak zwanych naganiaczy) nie zastanowił nas za bardzo. Dawaj w przygodę!


Pewnie rzuciło Wam się w oczy sformułowanie "udział w przejeździe taksówką"(jeśli nie, to niedobrze, bo miało się rzucić). Już wyjaśniamy o co chodzi. Okazało się, że z Kota Bharu trzeba się dostać taksą do jakiejś innej mieściny i że kosztuje to jakieś straszliwe pieniądze (kilkadziesiąt złotych ode łba) i to tylko, jeśli znajdziesz innych ludzi, którzy będą z Tobą jechać! Nam udało się znaleźć wspaniałych przyjaciół, którzy to na pałę, bez noclegu wybierali się na owe Pedestriany (jak to piękne ochrzciłyśmy niechcący Perhentiany, nie mogąc zapamiętać nazwy). Rozmowa kleiła się bardzo dobrze, każdy mówił, że wszędzie był i wszystko widział i typowe dla bakpakierów gadki, aż padło pytanie: 
- Skąd jesteście? 
- Z Polski.
-.... (cisza)
Odpowiedziała nam cisza. Serio! Nie wiemy, czy miałyśmy spytać ich o to samo, skoro słyszymy, że są z jUKej, czy brexitowy temat bolał ich tak bardzo nawet gdzieś w Azji Południowo - Wschodniej... Po prostu przestali z nami rozmawiać. Nie to nie, phi! Dałyśmy w kimę, bo półtorej godziny jazdy samochodem to świetny czas, by uzupełnić nieco sen i by najzwyczajniej w świecie nie dać się dopaść chorobie lokomocyjnej. A kysz!

I dobrze, że się wyspali, bo miejsce w którym przyszło nam wysiąść okazało się... ciekawe. Czułyśmy się jak na Dzikim Zachodzie! Śnięte miasteczko, podejrzani ludzie w podejrzanych knajpach i takie krzaczaste cosie pchane przez wiatr po pustych ulicach. Różnistych bakpakerów zapakowano razem do autobusu, a może już na prom? W sumie za bardzo nie pamiętamy, prócz tego, że krzyczeli DROGO. A my... eh. Zaczęły się schody. Okazało się, że do naszej chatki nic nie dojeżdża. Że autobus, który być może pojedzie, być może by się zatrzymał gdzieśtam. No nic. Najpierw trzeba zjeść nasi lemak, a później można myśleć. Tak też uczyniły i był to najbardziej zatrważający posiłek w Malezji. Nawet nie zrobiłyśmy zdjęcia owej budzie i jadłu, bo modliłyśmy się o brak salmonelli, ale nigdzie indziej nie było żadnego jedzenia! Ostatecznie zdecydowałyśmy się na kolejną takstówkę za 20 dolców, która miała nas zawieźć do rajskiego zadupia. Niektórzy proponowali nam podwózkę za 50, ale nie z nami takie numery!


Dojechali. Umówili się z Panem, że odbierze nas za kolejne kilka dni i poszli się zameldować. Hohoho! Czyż to nie rajski resort?



Oczywiście z wszystkich pięknych domków, najtańszy był nasz trójkąt, który bardziej przypominał jakąś podłą ziemiankę. Może i wygląda licho, lecz nie dajcie się zwieść! Klima była, łazienka była i był nawet szczątkowy Internet (pracujemy zdalnie, więc to ważna sprawa). Żyć, nie umierać! Co prawda Pani przy meldowaniu krzyczała coś o przerażających falach na 60 cm (serio) i łamaną angielszczyzną wyjaśniła nam, że absolutnie nie można się kąpać, bo od owych pływów zginiemy, ale to nie zraziło nas nic a nic. 


Pierwszy dzień upłynął nam wyśmienicie. Przerażeni falami Malezyjczycy machali nam z plaży i absolutnie nikt się nie kąpał, więc miałyśmy kilka kilometrów linii brzegowej tylko dla siebie! Wspaniale! Rzekome fale podniosły nieco poziom wody, ale jeszcze ze 100 metrów od plaży sięgała... po pas. Było milusio, cieplusio i bezpiecznie, jak w brodziku na basenie. W ciągu kilku dni pojawiło się może z pięć pływających osób. Ogółem Azjaci korzystają z morza nieco inaczej niż my, o czym napiszemy niebawem, bo są to hitowe historie. Polecamy starą notkę o plażowaniu w Kambodży to nieco zrozumiecie klimacik. 

Pływanie, choćby i mało intensywne, niestety męczy człowieka. Trzeba było więc przemknąć do domku, umyć się i udać w poszukiwaniu strawy. Okazało się, że najbliższa buda z jedzeniem znajduje się półtora kilometra od naszego trójką... znaczy resortu. Niby niedaleko... Ale człowiek głodny, w klapkach i 38 stopniowy upał. Wlokąc się noga za nogą dotarłyśmy wreszcie, gdzie chciałyśmy i oczom naszym ukazała się taka oto buda! 

"Oooo! Buda! Wspaniale!" - myśli zazwyczaj każdy bakpakier - "Tam jest autentycznie, tam mnie trzeba jeść"
Tylko, że my nie byłyśmy tym typem człowieka. Żyłyśmy w Azji od trzech lat i już wiemy: budy mogą być złe.


Cóż... oferta owej budy to smażone wszystko. Ryby, kalmary, jakieś dziwaczne kule. Wszystko wysmażone i moooocno chrupiące. 


Na tym samym oleju wysmażony był również (chyba) banan. Połączenie słodkości z rybnym smakiem oleju (wiadomka, że smażone w jednym garze) od tego dnia nie należało do naszych ulubionych. Za średniej jakości obiad, który pozbawiony był warzyw, a napitek zrobiony był chyba z cukru bez dodatku kokosa, kosztował nas około 25 zł na dwie osoby. Pomyślicie: tanio. A to nieprawda! Za tyle można w Malezji zjeść syto, pysznie i zdrowo, choćby indyjskie przysmaki u Pana Kumara <3. Doskonale wiemy, że Pani nas oszukała i miejscowi tyle nie płacą, ale cóż... biały ryj jest czasem traktowany jak bankomat. 



Wobec zaistniałej sytuacji nieco zlękłyśmy się, co będziemy jeść przez te wszystkie dni... Z dobrym nastawieniem udałyśmy się do sklepu, do którego drałować było trzeba jeszcze kolejne kilka kilometrów. Co można było kupić w takowych przybytku mogliście poczytać TUTAJ. A w budce pod sklepem otrzymałyśmy niesamowitą okazję, by napić się takich oto radioaktywnych cudów w proszku! Szkoda, że nie miałyśmy wtedy Instagrama, bo mogłybyśmy zadać szyku i stylu!


Brak jadalnego jedzenia nieco ostudził nasz zapał i uznałyśmy, że zamieszkanie tu na wieczność nie jest najlepszym pomysłem... Na szczęście powrót do naszego resortu ponownie wprowadził atmosferę Zen. Pomimo, że wszystkie domki były zajęte i mieszkało tam ze 40 osób, absolutnie NIKT nie korzystał ani z plaży, ani z grilla, ani nawet z hamaka!


Dni upływały nam na pływaniu i byczeniu się w cieniu palemki. Żyć nie umierać! Toż to nasz malutki prywatny raj! Keczup intensywnie snuła również plany na emeryturę, którą na pewno spędzi w Tajlandii bądź Malezji. Plan doskonały! Ma on tylko jeden słaby punkt -  najpierw trzeba podjąć jakąś pracę zarobkową. Ech...


A teraz czas na odrobinkę... negatywów.
- Cooo? Coś Wam się nie podobało? W takiej atmosferze i klimacie?!

Ano... Malezyjska wieś to jednak nie jest Kuala Lumpur, znaczy stolyca. I nie zrozumcie tego źle, ale... tu widać, że kraj jest muzułmański. Nie ma w tym nic złego i dalekie jesteśmy od niechęci do tej religii. Ba! Uważamy, że Malezja to wspaniały dowód na to, że islam to religia pokoju i problem tkwi w ludziach. Tylko, że malezyjska wieś jest znacznie bardziej konserwatywna. Podział na przestrzeń męską i żeńską jest wybitnie wyraźny i nie do końca podobają nam się pomysły zakrywania chustami pięcioletnich dziewczynek. Chusta jest prawem kobiety, która może się chronić przed niechcianym spojrzeniem (tak uczyli nas na studiach, bo antropolog winien rozumieć islam, a nie powtarzać stereotypy). Tylko... pięcioletnia dziewczynka nie jest kobietą. Tyle.


Wspominałyśmy, że nikt się nie kąpał. Bo strach, bo fale, bo słońce i można by się opalić, bo jak kostium kąpielowy, bezeceństwo! Prócz nas była w resorcie jedna chińska turystka, która wielce bała się słońca i zajmowała się głównie robieniem zdjęć wszystkiego. Cóż... byłyśmy atrakcją dla lokalnej... młodzieży. Chłopcy zajmujący się zazwyczaj jeżdzeniem na swoich motorynach, bądź też siedzeniem na boisku sportowym, jakoś tak dziwnie zmienili miejsce przesiadywania. Wcześniej też siedzeli nad morzem, tyle że teraz plaża w okolicach naszych wspaniałych domków... stała się dużo ciekawsza.


Nie zaczepiali nas, a gdy wychodziłyśmy z morza jakoś tak dziwnie się rozpływali, bądź też przenosili w bezpieczną odległość. Chyba naprawdę nie widzieli nigdy dziewczyny w stroju kąpielowym (choć od razu po wyjściu z wody przykrywałyśmy się ręcznikami, więc mieli może sekundy uciechy).


Wieczorami młodzież zbijała się w hordy i jeździła to tu, to tam. Spotykałyśmy wiele takich hord maszerując do sklepu, bądź też w poszukiwaniu restauracji. Wtedy mieli też dużo więcej odwagi, żeby zagadać kiepskim angielskim albo też pokrzyczeć troszkę za nami z oddali. Ach, jak zaczepnie. Nie czułyśmy się zagrożone, nie bałyśmy się, że coś nam zrobią, ani nic w tym stylu. Było to jednak dość nieprzyjemne, dlatego starałyśmy się nie wracać po ciemku. 



Razu pewnego doczłapałyśmy się nawet do oddalonej znacznie od naszego szaletu (znaczy luksusowego domku w równie luksusowym resorcie!) restauracji tajsko-malajsko-ogólnoazjatyckiej, w której to pierwszy raz od wielu dni zjadłyśmy coś normalnego! I to w cenie tego paskudnego jedzenia z budy. Co ciekawe takowych bud było wiele i każda serwowała to samo, a miejscowa ludność wydawała się być zadowolona i traktować skubanie śmierdzącej ryby jako wybitną atrakcję towarzysko kulturalną. W szykownej restauracji nie było nikogo prócz nas i jeszcze jednego obcokrajowca, który przyjechał tu wynajętym samochodem, bo domek ma kilkadziesiąt kilometrów dalej. Dodajmy, że ceny w obydwu lokalach były podobne.



Dwa dni nic nierobienia i atmosfery Zen są wspaniałe. Kolejne dwa zaczynają sprawiać, że jednak szukasz czegoś ciekawszego. Postanowiłyśmy pozwiedzać nieco okolicę naszego uroczego ośrodka wczasowego! Zapraszamy więc na kilka ujęć z sielskiej malezyjskiej wsi. 


Plaża, palmy i chałupy! 




Trzeba było wydostać się jednak z tego pięknego zadupia i spędzić kilka dni w Kuala Lumpur, z którego to miałyśmy udać się do naszych Chin, coby ostatecznie zebrać nasz dobytek i wrócić do Polszy. Umówiony pan taksiarz mógł nas zawieźć do Kota Bharu, które już znałyśmy i nie wydało nam się atrakcyjne lub też do Kuala Terrengganu, które nadal niosło jakąś nadzieję. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na to drugie i w ramach oszczędności i odpoczynku od lotnisk, na jazdę autobusem. Szybkie zwiedzanie miasta wydało nam się wielce pociągające. Okazało się jednak...


Że prócz meczetu i kilku kamieniczek nie bardzo jest co zwiedzać. Na szczęście było przynajmniej co jeść! W sumie malezyjskie miasto, które jest nie bardzo turystyczne, było całkiem ciekawym doświadczeniem. Można było zobaczyć wieeele pięknej islamic fashion oraz...


Zapoznać się z modą na fotografię rodzinną. 


Autobus do Kuala Lumpur przywitałyśmy w sumie z radością, bo kochamy wielkie miasta. Choć Keczup twierdzi, że mogłaby spędzić i miesiąc w naszym małym domku! Ciekawe, ile by wyżyła na śmerdzącym rybą bananie i yummy bunie! 

Niestety zabrał nas luksusowy, klimatyzowany autokar, jak to zwykle w Malezji bywa. A miałyśmy nadzieję na przejażdżkę takim oto zabytkowym czymś. Eh... nigdy nie mam dość szczęścia. Choć może te kilka godzin do KL lepiej jest przebyć z klimką ustawioną na 16 stopni!


Na koniec jeszcze wesoła historyjka o pewnym ancymonie, który każdego wieczoru doprowadzał nas do szału. Nasz bakpakierski domek (serio tak nazywała się wersja budżetowa) był w zasadzie trójkątem wpuszczonym lekko w ziemię. Jego spadzisty dach był bardzo łatwo dostępny. Niestety upodobał go sobie pewien... waran.

-  Co Wam przeszkadza waran na dachu? - zapytacie.
- Ano nic, gdyby tylko sobie tam grzecznie siedział!

A frajer co chwilę drapał się tylną nogą wydając rytmiczny dźwięk stukania. Wyobrażacie sobie, jak dobry rezonans ma taki mały blaszany dach? Na dodatek wracał codziennie, mimo że okazywałyśmy mu wyraźną niechęć. Czyżby chciał się dobrać do naszych słodkich bułeczek?


To już koniec naszej pięknej przygody na malezyjskim zadupiu. Zostańcie z nami, bo aktualnie mamy wenę na opisanie wielu wspaniałych przygód w krajach bliższych, bądź też dalszych. Wiele się w ciągu ostatnich lat i miesięcy działo <3.  

Dajcie znać, czy mieliście kiedykolwiek własną plażę, jezioro albo jakiś piękny las. I jak szybko znudziły Wam się wakacje w dziczy ;).

XOXOXO Kaha & Keczup

9 komentarzy:

  1. Marzą mi się wakacje w Malezji, ale nie aż tak hardokorowe jak Wasze :'). Szczerze- ja by się poddała już przy taksówce. Zdecydowanie wolę większe miasta ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogłyśmy się poddać, bo przepadłby pieniądz za domek, a dojazd na wyspy kosztował prawie tyle, co na tą naszą plażę :). Też uwielbiamy miasta, polecamy Kuala Lumpur!

      Usuń
  2. Suuper post! Marzą mi się wakacje w Malzeji :) Super, że Wam się tak wszystko udało. Powodzenia w realizacji kolejnych podróży! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Z każdym kolejnym postem zadziwiacie mnie coraz bardziej ;D podziwiam was, za te przygody i odwagę, aby tak jeździć. Ja, na wyjechanie z mojego zadupia na drugi koniec Polski, do Wrocławia, zbierałam się kilka lat :x a na takie wakacje nigdy bym się nie odważyła. Za daleko, zbyt niebezpiecznie, a ten waran... Uciekłabym od razu. Czy one przypadkiem nie specjalizują się w atakowaniu ludzi? XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Przygoda jak z filmu! Życzę więcej ciekawych przygód ;) mniamka2.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam takie dzicze ale raczej nie miałabym odwagi tak się zapuścić. W Polsce owszem miałam kiedyś piękną, dużą plażę na wyłączność i to w szczycie sezonu...było kosmicznie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Zupełnie inny świat od naszego! Świetna przygoda, wspomnienia z całą pewnością pozostaną na długo :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudownie! W takim miejscu na pewno można super odpocząć :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetna przygoda i jeszcze lepsza opowieść. Uśmiałam się szczerze. :)

    OdpowiedzUsuń