środa, 26 lipca 2017

Co to za wstrętna nora?! - najgorsze miejsca, w jakich przyszło nam spać w podróży


W podróży zdarzyć się może wiele. A to słońce pali i smali, a to w trakcie czterdziestogodzinnej jazdy pociągiem przytrafi się choroba (jaka, wszyscy wiemy), a to pieniądza zabraknie. Nie zapominajmy też, że w podróży czasem wypada spać, i tu właśnie pojawia się kolejny problem. Może się bowiem okazać, że nasz nocleg... cóż, wygląda nie do końca tak, jak miał wyglądać, w skrócie trafiliśmy na WSTRĘTNĄ NORĘ! I właśnie o takich straszliwych miejscach noclegowych będzie ta notka! Nie zabraknie ohydnych materacy, pleśni na ścianach, a nawet karaczana. Oto historie najgorszych miejsc, gdzie przyszło nam spać w podróży!



To właśnie te luksusy, na które nas nie stać, chlip.

https://www.pinterest.com/pin/360358407664941986/

Podróżowanie jest cudowne, to prawda. Słoneczko świeci, jedzenie pyszne, ludzie przyjemni, można i wypocząć i pozwiedzać różniste cuda. Niestety, gdy jesteśmy ubogim studentem lub ubogim pracownikiem (a co gorsza, bezrobotnym!) trzeba kombinować. Nie dla nas luksusowe hotele i SPA, nie dla nas posiłki w ekskluzywnych lokalach i balety z lokalnymi celebrytami oraz bananową młodzieżą. Spójrzmy prawdzie w oczy, podróże kosztują, a my (zazwyczaj) nie lubimy wydawać dużo pieniądza. Na szczęście są rejony świata, gdzie hostele i uliczne budy nie zrujnują naszej kieszeni. Azja Południowo - Wschodnia, Bałkany, nasi sąsiedzi ze Wschodu, a nawet Chiny! Tu za noclegi nie zapłacicie majątku, a warunki są na ogół znośne. NA OGÓŁ. Czas, by opisać te sytuacje, gdy syf i ohyda przerosły naszą tolerancję. Oto one!


1. Kołczerfing w Kijowie

Jak może wiecie, nie jesteśmy miłośnikami Kołczserfingu. Cała idea zmieniła się ostatnio w portal randkowy, pojawiło się mnóstwo dziwnych typów, a po przygodzie ze zboczeńcem w Amsterdamie zupełnie dałyśmy sobie spokój (choć Keczup poznała wielu wspaniałych gospodarzy podczas podróży... do Chin!). Ta przygoda wydarzyła się jednak z osiem lat temu, gdy Kołczerfing dopiero otwierał przed nami swoje wrota, a my wraz z siostrą Keczupa zapragnęłyśmy zostać bakpakierami. Podczas podróży na Krym zachciało nam się kilku dni w Kijowie, a tamtejsze noclegi były, cóż, okrutnie drogie! Na szczęście na nasz apel odpowiedziała wesoła ukraińska dziewczynka o alternatywnym usposobieniu i różowym włosiu. Wspaniale!

Niestety po wejściu do jej mieszkania od razu pożałowałyśmy swojego skąpstwa. Wszędzie okrutnie dawało kocim moczem, dziewczyna owa posiadała bowiem koty, po których nie sprzątała NIGDY. Kuwety były tak zasyfione, że zwierzaki załatwiały swoje potrzeby gdzie popadnie, na przykład do umywalki. Katarzyna, która cierpi na kocie uczulenie, od razu zaczęła się dusić.
- Nie mogę się myć z kocimi kupami! Uciekajmy! - charczała, łapiąc się za gardło.

Oto my śpiące w tej komnacie.

http://ftono-t.subsider.ru/komnata-dlya-holostyaka-foto

Do tego angielski naszej gospodyni był tak zły, że gdy poprosiłyśmy ją o talerz (chciałyśmy zrobić sobie kanapki) ona zniknęła na kilkanaście minut i obrażona przyniosła nam... talerz pełen kanapek! Pewno myślała, że jesteśmy mega chamami i każemy jej sobie gotować! Z uwagi na to, że przebywanie w mieszkaniu trzeba było ograniczyć do minimum, ustaliłyśmy plan zwiedzania od rana do wieczora. Ukraińska gospodyni na pytanie o dotarcie do przesławnej cerkwi tylko prychnęła.
- Nienawidzę kościoła i nie powiem! W ogóle nie ma po co tam iść!
Zamiast tego uparła się, że pokaże nam jakieś rzekomo wspaniałe miejsce i ciągnęła nas w okrutnym upale kilometrami na jakąś górę, z której widać było... miasto. Najlepsza atrakcja!

Ławra peczerska. Tego zabytku nie chciała nam wskazać!

http://www.masaperlowa.pl/lawra-peczerska-najwieksza-atrakcja-kijowa/

Całą tą przygodę Katarzyna przypłaciła straszną chorobą, więc 12 godzin w pociągu na Krym wyglądała jak nieżywa i bredziła, żeby po przyjeździe kłaść ją do ukraińskiego szpitala. ZGROZA!


2. Szalone Khao San Road

Kto zna tą sławetną ulicę w Bangkoku, ręka do góry! Nazywana mekką bakpakierów oferuje wszystko, czego bakpakier zapragnie, czy to drinki w wiaderkach, pad thai za 5 zł, ping pong szoł, tajskich lady bojów, podróbki klapek i paszportów, aż po koszulki z napisem I <3 Bangkok i gacie w słoniki. Oczywiście prócz tego oferuje też obszerną bazę noclegową, gdzie zostały wynajęte pokoiki dla nas i rodziców Keczupa, który wówczas z nami podróżowali.

https://www.expedia.co.in/pictures/thailand/bangkok/khao-san-road.d6051388/

Wejście do hostelu (nazwa jego to Khaosan Rainbow Hostel, ku przestrodze!) nie wzbudziło w nas złych podejrzeń, wyglądał bowiem jak każdy jeden bakpakierski hostel na Ziemi. Bakpakierzy pożerali pad thai, siedzieli przed Makbukami Air i wrzucali zdjęcia na Facebooka. Dobra, ruszamy do pokoju, a tam... SZOK!
- Pani! Z czego jest zrobiony ten materac! - krzyknęła Katarzyna, macając coś, co leżało na łóżku.
- Hmmm... Wydaje mi się, że to grudy gliny lub gleby obleczone w materiał - stwierdziła Keczup po obmacaniu tego podejrzanego przedmiotu.
Prócz tego pokój zajmował jakieś 4 metry kwadratowe, jako mebel na rzeczy ustawiono jedną maleńką szafeczkę przy łóżku, a wszędzie panował syf i smród. Po chwili wpadli rodzice Keczupasa.
- Nasz materac chyba jest napchany torfem!



Po oględzinach naszego lokum stwierdzili, że u nich warunki są nieco lepsze, a ponadto chodzi tylko jeden mały karaczan i wrócili do siebie. Nam za to rzuciły się w oczy dekoracje ściany, która była pokryta różnistymi obscenicznymi rysunkami opowiadającymi, ilu mężczyzn zaprosiła tu obrotna Mookie i co z nimi wyrabiała. Prócz tego tradycyjne obrazki męskich narządów płciowych i lista, jak powiedzieć kocham cię z licznych językach (po polsku z błędem!). Chyba nie musimy wspominać, że łazienka wyglądała równie obskurnie?



Niestety przybyliśmy na miejsce wieczorem, więc nie pozostało nic innego jak przespać jedną noc wśród dzikich okrzyków bakpakierów w hostelu i na ulicy, by następnego dnia rano szybciutko się wymeldować. Kolejny hostel znaleziony w cichej, bocznej uliczce kosztował tyle samo, a co najważniejsze, panował w nim zakaz zapraszania kogokolwiek po pokoju! Sorry Mookie!


3. China Town w Malezji

Ta sama wycieczka, również z rodzicami Keczupa (widocznie również mają wielkie szczęście do wstrętnych nor), tym razem Kuala Lumpur w Malezji. Wcześniej posłyszałyśmy, że najtańsze noclegi można znaleźć w China Town u naszych przyjaciół Chińczyków, toż to sama radość, rezerwujemy!

http://www.kuala-lumpur.ws/klhistory.htm

Zaczęło się bardzo dobrze, gdyż właściciel przybytku pozwolił nam się zameldować i zostawić bagaże, choć była siódma rano. Okiej, wrzucimy tylko torby i idziem na zwiedzanie, zaplanowaliśmy raźno. Otwieramy drzwi i FUUUUJ! Na podłodze klepisko, okno z widokiem na korytarz zasłonięty stęchłą zasłonką, wentylator działa tak, że prawie nie działa, po podłodze raźno sunie karaczan. Uciekajmy!

Podczas zwiedzania Keczup cały czas biadoliła, że czeka nas powrót do tej obrzydliwej nory i że ona tego nie zniesie.
- Przysięgam, że zwymiotuję! - groziła.
Niestety, po obejrzeniu meczetu, parku ptaków, muzeum i myszojelenia powrót nastąpił. Na miejscu okazało się, że wentylator przestał działać, a poduszki mają konsystencję cegły! Przenieśliśmy się do pokoju rodziców Keczupa, gdzie miała być klima. Niestety, wyglądała ona jak dziura w suficie, a raczej wrota do piekieł, z których to wrót kilka godzin dziennie wydobywało się trochę chłodniejsze powietrze. Ograniczenia w dostępie do klimy, bo prąd drogi! Po podłodze (a raczej klepisku) dumnie sunął karaczan.
- E, taki mały to niech chodzi - stwierdziła mama Keczupasa.

Korytarze tego przybytku. Zdjęcia z Bookingu, a więc szczycą się tym wystrojem!


Nadszedł czas na umycie się. Łazienki były na korytarzu i wyglądało to mniej więcej tak - 2 metry kwadratowe, na środku kibel, nad kiblem prysznic. Z prysznica leciała woda oczywiście zimna i należało sprytnie manewrować nad kiblem, by się obmyć. Oczywiście strach było gdziekolwiek wieszać ręcznik i odzież, a także nie patrzeć w górę. Tam bowiem znajdowały się ohydne rury oblepione tłuszczem, pleśń, syf i wszystko co najgorsze, co groziło zwymiotowaniem. 

Tak, prysznic był bezpośrednio nad tym kiblem, nawet widać rurę!


A najlepsze jest to, że pomimo traumatycznych przeżyć, zostaliśmy w tym hostelu na trzy noce i NIKT nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego! Co więcej, będąc w Malezji rok temu z premedytacją przespacerowałyśmy się pod ten lokal, by powspominać dawne czasy. KA - NIEC!

Hostel nazywał się Backpackers Travellers Inn, ale widzimy na Bookingu, że przeszedł generalny remont. SZOK!

Materace już nowe, ale klepisko nadal jest!




4. Wycieczka do Pekinu

Podczas podróży do Pekinu myślałyśmy, że wygrałyśmy życie. Żarcie dobre i tanie, atrakcje przednie, a noclegi... hoho, łóżko za 20 zł to jest dobry deal! W owym czasie byłyśmy jeszcze uboższymi studentkami niż teraz i nawet do głowy nam nie przyszło wynajmować pokoje dwuosobowe. O nie, to był czas dormów, czyli sal wieloosobowych.

Niestety nie pamiętamy nazwy hostelu (było to lat temu sześć), ale umówmy się, wszystkie chińskie hostele wyglądają tak samo.


Pełne nadziei wchodzimy do takiej właśnie sali i już wiemy. Będzie źle. Syf był umiarkowany, za to prócz nas znajdowali się tam wyłącznie mężczyźni narodowości angielskiej i hamerykańskiej opowiadający, że wszędzie już byli i wszystko widzieli. Jeden z nich, mocno już nietrzeźwy, leżał na wpół żywy, niebezpiecznie balansował otwartym piwem i bredził coś o życiu i śmierci. Zajęłyśmy swoje łóżka, i celem odcięcia się od towarzystwa, odpaliłyśmy sobie piękną romantyczną chińską dramę z Jiro Wangiem.

O ten serial radośnie oglądałyśmy. Polecamy!

http://www.kseries.co/absolute-boyfriend/

Niestety, nawet to nie odstraszyło pijaniutkiego Anglika, który zaczął coś bredzić w naszym kierunku. Co czynić?! Wszyscy go ignorowali, więc my także, ale był nieustępliwy.
- Co robić?! Trzeba udawać, że nie mówimy po angielsku! - uradziłyśmy.
Od tej chwili rozmawiałyśmy między sobą unikalną mieszanką polsko - czesko - rosyjską, dodatkowo zaciągając po podlaskiemu. Obmyśliłyśmy również całą historię, w której byłyśmy studentkami z dalekiej Syberii, które przyjechały do bratniego narodu komunistycznego na wymianę (aczkolwiek i tak nie mówiłyśmy po angielsku, więc nie mogłyśmy się nią z nikim podzielić).  

Nagle z góry zwisła goła, śmierdząca stopa!
- Fujfujfuj! - zaczęłyśmy pokrzykiwać.
Właściciel stopy nie reagował i zaczął chrapać. Anglik dokończył piwo i zaczął zawodzić radosne, angielskie piosenki, bo czym czknął i wyznał.
- Ech, dziewczęta! Ale bym Wam o życiu poopowiadał, ale chyba nie znacie angielskiego!
Po czym również zaczął chrapać, dalej dziarsko dzierżąc butelkę. Oczywiście nikt prócz nas się nie umył, a impreza trwała do wczesnych godzin porannych. My wstałyśmy raniutko, by zrobić obchód po okolicy w poszukiwaniu nowego hostelu. FUJKA!

Typowe rozmieszczenie łóżek w dormitoriach. I jak tu kogoś ignorować?!




5. Londyńska przygoda

Zachciało nam się zwiedzać Europę i oczywiście od razu KLOPS! W terminie, kiedy miałyśmy przybyć (a termin nie podlegał zmianom, bo był to wyjazd na lolyckie party roku!) ceny okazały się haniebne i przeczące zdrowemu rozsądkowi. W końcu z pomocą Booking konta VIP udało się nam zarezerwować wraz z dwiema ziomalkami pokój czteroosobowy, ale opłata za noc wyniosła i tak STO POLSKICH ZŁOTYCH! Toż to najdroższy nocleg w naszym życiu, nawet w Tokio i Singapurze było taniej. Cóż, celem oszczędności jedną noc między lotami spędziłyśmy na lotnisku, a następnie ruszyłyśmy na podbój Londynu!


Z zewnątrz hostel nie wyglądał źle. W części wspólnej też nienajgorzej. Schody zaczęły się, gdy pan oznajmił, że mamy czekać do godziny 14, aż przygotują nasz pokój (a była ósma rano, a my po nocy na lotnisku). Nic to, udałyśmy się do Tesco (okrywając przy tym magię angielskich przecen) i urządziłyśmy wesołą biesiadę z chlebkami naan, pastą z awokado, szkockimi jajami oraz kopą donutów za funta. Wybiła godzina 14. Wchodzimy do pokoju... UPS, jakby trochę MAŁY! Dwa piętrowe łóżka były ściśnięte w ten sposób, że nie było mowy, żeby cztery osoby nawet jednocześnie tam stały, a co dopiero się przemieszczały! Dodajmy brak jakichkolwiek szafek, więc swoje rzeczy trzymałyśmy na parapecie, kaloryferze oraz oczywiście na łóżkach.

Sala wieloosobowa, nasza była odpowiednio mniejsza. Zdjęcie ze strony hostelu Rest Up (to ten!)

https://www.restup.co.uk/gallery/

Nie zapominajmy, że każda z nas miała walizę pełną lolyckich przyodziewków, w tym halkę, a Katarzyna cały karton lolytki na stoisko. Wszystko wyglądało cudownie.
- Ciekawe, jak mamy się tu przebrać na party - głęboko się zastanawiałyśmy.
Okazało się, że ratunkiem jest łazienka! Prysznice wyjątkowo nas wkurzały, bo woda leciała tylko przez 10 sekund, po czym się wyłączała i należało z powrotem włączyć ją przyciskiem, przez co mycie się zmieniło się w udrękę, a mycie włosów w koszmar. Za to w ciągu naszego trzydniowego pobytu byłyśmy jedynymi osobami korzystającymi z łazienki (a ludzi było mnogo!). Czy rano, w południe, wieczorem czy w nocy, zawsze było tam PUSTO! Taki plus!

Część wspólna. Tu odbywały się nasze biesiady!


Choć nie była to najgorsza nora i nawet nie było karaczana to stosunek ceny do jakości wyjątkowo nas załamał. STO ZŁOTYCH za miejsce w pokoju na jedną nogę?! DRAMAT.

Oczywiście prócz finałowej piątki były różne inne atrakcje, jak choćby przeciekający dach w Sarajewie, kamienista plaża na Krymie, liczne lotniska albo arktyczne zimno w Tybecie, ale nie były aż tak spektakularne :P. Niestety w części owych przybytków nie zrobiłyśmy zdjęć, gdyż szok nasz był zbyt duży i posiłkowałyśmy się wtedy fotami z Bookingu.

A czy Wam zdarzyło się kiedyś spać w jakimś ohydnym miejscu? Korzystaliście kiedyś z Kołczerfingu? A może w Waszej pamięci szczególnie zapisał się jakiś hotel lub hostel?

Czekamy na listy od czytelników! <3

25 komentarzy:

  1. O matko kochana, aż mam ciarki do tej pory. I ten prysznic nad sedesem? WTF? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Azji to normalne, że prysznic nie jest niczym osłonięty i woda leje się bezpośrednio na podłogę, ale i tak taka kąpiel bezpośrednio nad sedesem to trochę zbyt wiele...

      Usuń
  2. Ja też jestem weteranem obrzydliwych miejsc! Celem oszczędnosci zawsze w podróży sypiam w najtanszych hostelach jakie znajdę i to jeszcze w dormach :D Edynburg przegiął pałę. Z zewnątrz przybytek wyglądał nieco obskurnie, ale nic to! Niezrażone ruszyłyśmy po schodach na górę, bo drodze wymijając...śpiącego, czerwonego i bardzo brudnego pana. "Hyhy, to nasz kumpel z pokoju, hyhy" - powiedziałam. Później okazało się, że istotnie, jest to mieszkaniec sąsiedniego łóżka. Oprócz niego w pokoju byłam ja z koleżanka i dwóch innych niezbyt czystych panów (w tym jeden Chińczyk). Chińczykowi najwyraźniej też przeszkadzał smród, bo wietrzył 24/7, a podkreślam że był luty, więc temperaura w pokoju była na minusie. Na szczęście nie było problemu z przysznicem, bo oprócz nas nikt inny się nie mył.

    Ale prawdziwy hardcore był na dłuższym pobycie - też uczyłam angielskiego dzieci zagranico! Pękna Hiszpania, kraj beztroskich ludzi oraz moje szczodre szefostwo, które zapewniało zakwaterowania dla nauczycieli. Miałam mieszkać tam z innymi, ale w obliczu standardu tego mieszkania wszyscy się wyprowadzili! Uprzednio oczywiście robiąc syf jakiego nigdy w życiu nie widziałam. Mogłabym książkę napisać, ale robactwo po prostu pierzchało spod stóp, a pod prysznicem był zgniły dywan (a drugi z czyichś łonowców!). Wesoła Amerykanka, sprawczyni tego burdelu wyprowadziła sie miesiac wcześniej, ale swoje żarcie zostawiła. Jak zajrzałam do lodówki,to myślałam,że jest tam zdechła mych, ale to był pomidor, tylko az się rozpłunął i porusł futrem. Żeby mnie pocieszyć, koleżanka opowiadała, że kiedyś w nocy obuził ją karaluch, który chrupał sobie ciastka na jej szafce nocnej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. FUUUUUUUJ! Dywan pod prysznicem (i ten drugi) to obrzydliwość, o jakiej jeszcze nie słyszałyśmy! Futrzany pomidor HIT! Wygląda na to, że nauczyciele angielskiego w Hiszpanii są równie weseli, co ci w Chinach... A czerwony pan z Edynburga, cóż, przyjechał zwiedzać, a nie się myć! :D

      Usuń
  3. Oddaję honory rodzicom Keczupa za próby bakpakjerki! Mój ojciec o ile by przetrwał, nieco tylko przeklinając pod nosem, tak moja mama chyba by omdlała na widok tych atrakcji!

    Też mi się taki wpisik po głowie tłucze, chyba odkąd pisałam o podróżniczych grzeszkach, ale jakoś się do pisania zebrać nie mogę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodzice moi to już zaprawieni w bojach bakpakierzy, co nie straszny im karaczan, ha! W tym wstrętnym hostelu w Kuala to chyba ja byłam najbliżej omdlenia :P. Proszę pisać, to są na pewno wyborne historie! // Keczup

      Usuń
  4. Cóż za śmiałość, odwaga i zimna krew w takich sytuacjach ! ;D Mi zdarzyło się trafić na mieszkanie w Seulu... przepłakałam pierwszą noc na myśl, że mam tam zostać całe 3 miesiące. Łazienka właśnie taka połączona z kiblem, gdzie nie szło wziąć prysznica, nie chlapiąc wszystkiego dookoła. Podłoga była wściekle żółta, a ściany różowo-żółte z pstrokatymi kulkami, paskami i kokardkami. Na samą myśl o tym mieszkaniu śmieję się teraz w głos, bo zostałam tam nie na trzy miesiące, ale a pół roku i obecnie darzę to mieszkanie ogromnym sentymentem ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie śmiałość, a skąpstwo pcha nas do takich wyczynów! :D
      Olaboga, to połączenie kolorystyczne daje po oczach, a łazienka non stop zalewana wodą... cóż, znamy to niestety. Widać, do wszystkiego idzie się przyzwyczaić! O ile nie ma karaczana i szczura, haha.

      Usuń
  5. Ha ha, co za historie :D Będę miała na uwadze nocleg w Bangkoku, bo wybieram się tam jesienią, ale zdałam sobie sprawę, że tak hardkoworych przygód to chyba jeszcze nie przeżyłam, współczuję :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bangkok jest takim miejscem, gdzie hardkorowe przygody są na wyciągnięcie ręki :).

      Usuń
  6. Ojej, takie noclegi to mogłyby mnei zniechęcić do podróżowania.
    W czasie studiów sypiałam w hostelach i schroniskach, ale na szczęście nigdy nie było źle. Teraz staram się uważnie oglądać zdjęcia i czytać opisy miejsc przed zarezerwowaniem.
    Mimo to w zeszłym roku w Słowenii w Lublanie trafiliśmy do mieszkania w suterenie, gdzie cały czas było wilgotno, ciemnawo, a do tego brudno :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, sutereny, wszystko co najlepsze <3.
      Najgorsze jest to, że nawet jak człowiek ogląda zdjęcia to i tak nieraz zdarzy się niespodzianka, zazwyczaj średnio miła... :P

      Usuń
  7. Wow,ale okropne miejsca, fuj. Jak w ogóle mozna zaprosić kogoś do mieszkania i wcześniej nie posprzątać. Dobrze, że napisałyście taki artykuł, przyda się on szczególnie tym, którzy szukają tańszych noclegów. Ja pamietam, że kiedyś, dawno, dawno temu nocowałam w hotelu na Ukrainie-okropność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak w ogóle można nigdy nie sprzątać po kotach? Dwa dni idzie jakoś (z trudem) wytrzymać, ale TAK ŻYĆ?! Olaboga, przypomniałaś nam o hotelach we Lwowie, to też był hardkor :).

      Usuń
  8. Przeczytałam z przyjemnością i jeszcze podesłałam znajomym i mężowi, ale zawitać to bym tam nie chciała :P Fuj, fuj i jeszcze raz fuj xD Też bym groziła, że się porzygam :P

    OdpowiedzUsuń
  9. Fuj, czyjeś brudne stopy nad sobą :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Sto zlotych to jakies 20-23£ (zalezy, jak dawno to bylo), tak? W Londynie za taka cene to i tak znalazlyscie niezla miejscowke :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rok temu. Toż to rozbój w biały dzień!

      Usuń
  11. Wstyd się przyznać,ale podobną masakrą była większość noclegów podczas moich dotychczasowych podróży.Parę dni temu wróciłam z UK i właściwie tylko dwa na sześć noclegów było w miarę w porządku xD Pierwszy w Bristolu był próbą przetrwania-od właściciela nie mówiącego po angielsku,ogólny syf i grzyb, po 6 piętrowych łóżek zapełnionych pijanymi i chrapiącymi Latynosami xD Na górze tych łóżek można się poczuć jak w symulatorach lotów.Za to w Glasgow oprócz prycz był odpadający sufit i zagrzybiona łazienka^^ Takie tam noclegi haha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że nie tylko nam przytrafia się pech! Straszliwe to są historie, trzeba przyznać. Pijani Latynosi brzmią srogo, ja bym już rozważała ucieczkę :).

      Usuń
  12. Korzystałam z CS, ale zaledwie trzykrotnie. Za każdym razem było czysto, jasno i przyjemnie a gospodarze byli mili. Jak sobie pomyślę to najgorsze wrażenia (choć i tak nie są one tak okropne jak Wasze) to chyba jeden z hosteli w Bilbao, w którym łazienka była tak ładnie urządzona, ale pełno było w niej długich, czarnych włosów. Po prostu ktoś jej nie sprzątał. Gdzieś na Camino del Norte były takie pokoje niezbyt przyjemne, małe i brudne, ale nie pamiętam teraz gdzie to było :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O fuuuuuj, włosy! Przypomina mi to hostele w Chinach, gdzie Chinki wszędzie zostawiały włosy i nigdy po sobie nie sprzątały. To miło, że masz takie dobre wspomnienia z CS i chwała gospodarzom!

      Usuń
  13. Kurcze, szczerze was podziwiam że dałyście radę spać w takich miejscach. Jestem typem osoby, która nie zaśnie jeśli łóżko jest hmm...w nieodpowiednim otoczeniu tj. brudny pokój, robaki i bóg wie co jeszcze. Sen traktuję bardzo poważnie i jak mi coś przeszkadza, to kolejnego dnia chodzę marudna i jak zombie xD Będę musiała się kiedyś przełamać bo marzą mi się podróże ale obawiam się właśnie zakwaterowania, a na hotele raczej nie będę mogła sobie pozwolić więc pozostaje couchserfing albo właśnie takie tańsze zakwaterowania :P Tylko, że samemu niebezpiecznie, a moich znajomych to w ogóle nie kręci :D

    Sakurakotoo ❀ ❀ ❀

    OdpowiedzUsuń
  14. Hahaha, uśmiałam się przy tym wpisie, chociaż był to nieco śmiech przez łzy bo podobne warunki jak Wy w Malezji zastałam na Filipinach, a te londyńskie przypomniały mi o niedawnej wizycie w Old Porthouse Hostel w Bristolu... syf, brud, manalaria i zwiewanie gdzie pieprz rośnie skoro świt!

    OdpowiedzUsuń
  15. Ahoj! Nic mi tak nie poprawiło humoru jak ten post! moja najgorsza przygoda w hostelu przypominala horror 'hostel'. zajechałam na noc do zajazdu hostelowego w surat thani, wypas, chuje muje dzikie węże, wszystko nowiusienkie, windy sryndy, obsluga mowiaca po angielsku. jedyne co mnie zdiwilo w kilku pietrowych hostelu, to ze nie ma innych klientow. recepcjonistka zaprowadzila mnie do dormu osobiscie mimo ze trzeba bylo wjechać windoom na ktoreś pięterko i wskazala mi łoze na samym koncu przepastnej sali. mimo że bylo ich kilkanascie, to dostalam to na saaaamym koncu dormitorium. ucieszona ze nie ma nikogo innego zrzucilam swe odzienie, zawinelam sie w recznik i udalam na zasluzoną kąpiel. wrocilam, wyciagnelm się na lożu w samych gaciach i a jakże zarzuciłam fb na pulpit. wtedy usłyszalam dziwny odgłos. zzzzz zzzzzziu. zupełnie jak kamera kiedy się przekręca. na to wstalam i rozejrzałam się po dormie. i co??? to byla kamera ktora się przekręcala! centralnie u góry naprzeciw łóżka. ktoś mnie obserował i czujnym okiem podązal za każdym moim ruchem. wkurowiona od razu zarzucilam na intruza mapę. nie minela minuta jak w pustym hostelu usłyszalam odgłosy kilku biegnących osob, zerwalam się na rowne nogi, a tu pindy z recepcji wparowaly do pokoju machajac rękami. o wy sucze, oddawac moją kase, nie zostaje ani chwili dłużej! oczywiscie zapomnialy caly angielski jakim się posługiwały wczesniej. zebralam swoje rzeczy i przystąpiłam do gwałtownego odwrotu.zdąrzylam nadac tylko ostrzegawczego posta z opisem sytuacji na fb i moj telefon umarl. kasy nie odzyskalam, dochodzila pólnoc w każdym z hoteli jakie staly na mojej drodze slyszalam: brak miejsc....

    OdpowiedzUsuń