środa, 11 października 2017

Jak choruje się w Chinach? Wizyta w aptece, w szpitalu oraz tajniki chińskiej medycyny


Jak wszyscy wiemy i widzimy zbliża się jesień, deszcz popaduje coraz hardziej i coraz boleśniej wyjść z domu. Niestety to czas, w którym najlepiej zakopać się pod kołdrą z herbatką, wyborną lekturą i paczką ciastek albo czipsów. To także czas, gdy fluk leci z nosa, smarka się na okrągło, a aptekę odwiedza się coraz częściej. Nadchodzi katar, kaszel i choroby! By uprzyjemnić Wam te straszliwe momenty zabieramy Was dziś na wycieczkę do dalekich Chin, by przyjrzeć się cierpieniu w tamtejszym klimacie. Czy jesteście ciekawi jak choruje się w Chinach? Zapraszamy do lektury!


W Chinach spędziłyśmy łącznie 3 lata i mieszkałyśmy w Guanzghou na samiuśkim południu w klimacie subtropikalnym. Czy ponad 30 stopni i prawie 100% wilgotności przez większą część roku sprawiało, że choroba się człowieka nie imała? A skąd!

Jak NAPRAWDĘ wygląda życie w klimacie subtropikalnym (nie jest lekko!) przeczytacie w tej praktycznej notce


http://news.xinhuanet.com/english/china/2013-09/23/c_132743615.htm


1. Jak można zachorować?

Tak właściwie odliczając straszliwe wypadki i upadki, choroby zakaźne i inne okropne wydarzenia, główni winowajcy to klimatyzacja, syf oraz podejrzane przybytki gastronomiczne.

Klimatyzacja jest najmilszym przyjacielem każdego Chińczyka. Montuje się ją w każdym domu, sali lekcyjnej, sklepie, restauracji i ogółem wszędzie, bo bez klimy zwyczajnie nie da się żyć. Serio, raz zapomniałyśmy zapłacić rachunku i odcięli nam prąd. Dwa dni bez klimatyzacji były prawdziwym koszmarem, człowiek prysznicował się 10 razy dziennie, a pozostały czas spędzał leżąc beż życia na łóżku. Niestety Chińczycy mają denerwującą manierę nastawiania klimatyzacji na około 16 stopni, podczas gdy na zewnątrz jest ich około 35. W szkole zawsze toczyły się boje o pilota, gdyż uczniowie z Azji obniżali temperaturę do tych absurdalnych mrozów, podczas gdy młodzież z Europy głośno krzyczała, że to skandal i zdrada. Całe szczęście, dzielny kolega Mahdi z Iranu zawsze bohatersko łapał pilota i chował sobie pod rzyć, hehe. W każdym razie wchodzisz z upału do klimatyzowanego sklepu i zamarzasz, wychodzisz i dostajesz szklarnią w ryło i tak w kółko. Skutek? Choroba gotowa!

https://www.businessinsider.com.au/exploding-air-conditioner-use-will-destroy-the-climate-2015-5

Kolejnym problemem jest niski poziom higieny wśród Chińczyków. Mycie rąk po wyjściu z kibla? A gdzie tam, lepiej zapalić papieroska. Mycie się w ogóle? Noooo, może raz na dwa dni wystarczy. Co ważne, mycie się z rana Chińczycy uznają za pozerstwo! Dzieci, które przychodzą po przedszkola z resztkami między zębami z dnia poprzedniego? Typowe. Dorośli, którzy mają pieńki zamiast zębów? Normalka. Długo by wymieniać, ale niech wystarczy fakt, że Katarzynie zajęło rok wyuczenie dzieci, że ręce po skorzystaniu z kibla należy myć, choć chińskie nauczycielki podkopywały jej autorytet i pukały się w głowę. I w ten oto sposób dotykając czegokolwiek w metrze narażamy się na ten właśnie syf, tak samo przebywając w szkole i innych miejscach publicznych. Ileż to razy poczciwy nauczyciel zaraził się czymś podejrzanym od dzieci. Jeden z naszych kolegów tylko zaczął pracę, a już wyskoczyły mu na całym ciele dziwne czerwone plamy i spędził 2 tygodnie w szpitalu (oraz zbankrutował). Chiński syf to nie są żarty!

Typowy poranek w metrze. Jak tu się strzec przez zarazkami?!

http://time.com/122076/beijing-subway-crowded-delays-xinjiang-terrorism/

I ostatnia kategoria, czyli uliczne budy i tanie restauracje, gdzie można nabawić się skrętu kiszek, rozwolnienia albo chociaż bólu brzucha. Tak właśnie, to ta pyszna pizza za jedyne 20 juanów w italiańskiej stołówce i ten kilogram chińskich pierożków smażonych w tłuszczyku z rynsztoka. Nam najczęściej zdarzało się, gdy byłyśmy w fazie przegrywów i żywiłyśmy się gotowymi daniami do mikrofali z 7/11 lub Family Martu (chińskie konbini a'la nasza swojska Żabka). Wtedy wywiązywał się mniej więcej taki dialog:
- A może bym zjadła tą rybę, ale w sumie ostatnio bolał mnie po niej brzuch...
- To może świńskie curry?
- A po nim ostatnio zdarzył się pewien problem żołądkowy. Wezmę spaghetti i będę je jeść pałeczkami!
- Ja spaghetti nie, bo ostatnio było mi niedobrze. Biorę zupkę!
Słyszałyśmy też o koledze z Rosji, który po kilkuletnim żywieniu się w budach dostał skrętu kiszek, a chińscy lekarze wycięli mu jelito. Nikt nie wie, czy nadal żyje! Po więcej szpitalnych opowieści zapraszamy tutaj.

https://www.flickr.com/photos/monkeyone/6353377163


2. Zaczynamy pokasływać

Stało się, zachorowaliśmy! Co teraz? Zazwyczaj pierwszą poradą każdego Chińczyka w kwestii tego, co robić jest - PIJ WRZĄTEK. Wrzątek jest wszechpotężnym antidotum na wszelkie dolegliwości i uleczy nawet z chorób nieuleczalnych. Niektórzy mędrcy powiadają, że zdoła sklepić nawet połamane członki. Kiedyś Keczup straszliwie się zatruła, wyglądała jak trup i ukradkiem (bo nie chciała iść do szpitala) rzygała do śmietnika w szkole. Co usłyszała z ust pani dyrektorki przedszkola, światłej kobiety?
- To dlatego, że pijesz za mało wody!
Postulowała też, że nienormalnym jest przeprowadzenie 20 minutowej lekcji angielskiego, nie pijąc przy tym wody z praktycznego termosika. No i masz!

Dlaczego nie wierzą w zdrowotne właściwości baijiu?

https://www.thebeijinger.com/blog/2017/07/18/get-ready-ganbei-third-annual-world-baijiu-day-set-aug-9

Pijemy zatem litry wrząteczku dziennie, ale nie pomaga. Co teraz?!


3. Idziemy do apteki

http://www.onlycrm.com/Details.aspx?id=500

Tam nam na pewno pomogą! Wchodzimy do apteki i od razu uderza nas swąd podejrzanych mistycznych korzeni, które piętrzą się w słojach aż pod sam sufit. Ignorujemy tą dekorację i podchodzimy do okienka. Na szczęście w szkole nauczyciele kładli ogromny nacisk na temat "u lekarza" więc słownictwo z wszelkich schorzeń mamy doskonale opanowane.
- Pani, mam katar, kaszel, głowa boli i gorączka - wypowiadamy, kładąc dłoń na czole i patrząc smutno.
Wtedy pada sakramentalne pytanie.
- A wolicie chińską czy zachodnią medycynę?
- Zachodnią!  - wołamy raźno.
Pani z powątpiewaniem kręci głową.
- Ale zachodnia medycyna nie działa! Dam chińską!

Oczywiście, chińska medycyna jako duma narodu powstała na fundamentach 2500 letniej tradycji nie może się mylić. Wlicza się tu ziołolecznictwo, akupunkturę, masaże, ćwiczenia, lecznicze bańki i zdrowotne diety, a także użycie mistycznych ingrediencji jak tygrysia łapa albo sproszkowana kość słoniowa. Niestety niezbyt wierzymy w magiczne punkty przepływu energii w ciele, więc upieramy się na leki ze zgniłego Zachodu.
- Ależ proszę pani! - oburza się pani farmaceutka. - Zachodnia medycyna leczy tylko objawy, a chińska przywraca harmonię całego ciała! Proszę brać te wspaniałe tabletki, 11 sztuk 3 razy dziennie, a po trzech miesiącach będzie pani uleczona!

Mistyczne kadzie z chińską medycyną

http://www.urbanherbsco.com

Zdrowotne korzenie

https://intothegloss.com/2014/09/chinese-beauty-products/

Kto z Was zna ten specyfik?

https://intothegloss.com/2014/09/chinese-beauty-products/

Katarzyna twierdzi, że to dzieło chińskiej medycyny owszem, wyleczyło jej zatoki raz dwa, ale za to wywołało halucynacje i taką słabość, że ledwo trzymała się na nogach, a po odstawieniu wszystko wróciło. Keczup raz tylko zdecydowała się na użycie chińskich leków na grypę, co skończyło się tym, że czuła się jak na ostrym haju, a jednocześnie na kacu. Warto dodać, że Chińczycy uwielbiają też wszelkiej maści zdrowotne i ohydnie śmierdzące nacierki oraz równie śmierdzące plastry z chińską medycyną do naklejania w bolące miejsca (Katarzyna jest ich fanką). Musimy przyznać, że podejrzane działanie oraz nielegalny handel zagrożonymi gatunkami typu nosorożce i tygrysy średnio nas nastraja do chińskich wyrobów. Co teraz?

A tu już jak najbardziej normalna apteka

http://cj.sina.com.cn/article/detail/2636362422/237662

https://intothegloss.com/2014/09/chinese-beauty-products/


4. Idziemy do szpitala

Oglądając kiedyś chińskie lub koreańskie seriale bardzo bawiły nas dwie rzeczy. Po pierwsze to, że wszyscy spali w bluzach (zrozumiałyśmy to, gdy przyszło przeżyć zimę bez ogrzewania), a po drugie, że nawet z katarem od razu lecą do szpitala. W Chinach okazało się, że to najprawdziwsza prawda! Do szpitala chodzi się głównie po to, by zażyć kroplówkę. Chińczycy głęboko wierzą w magiczną moc kroplówki, więc podaje się nią leki w trakcie choroby oraz witaminy na wzmocnienie i regenerację organizmu. W szpitalach są całe ogromne sale pełne foteli tylko i wyłącznie do kroplówek! I Katarzyna zawierzyła kiedyś w tę moc, a na koniec okazało się, że podawano jej tam zabójczy koktajl złożony z kilku silnych antybiotyków, po których mdlała (o jej szpitalnych przygodach poczytacie tutaj).

Oto kroplówkowa sala

http://www.wmi.edu/Admissions/Apply.aspx

Kroplówka nie pomaga? To znak, że trzeba w szpitalu zostać i poddać się kompleksowemu leczeniu, co zazwyczaj trwa nie mniej niż 2 tygodnie i kończy się bankructwem. Leczenie jest horrendalnie drogie, a opieka zdrowotna prywatna. Chińczycy mają jakieś ubezpieczenia ze swoich miejsc pracy, ale zazwyczaj tylko na część zabiegów i tylko w konkretnym szpitalu, więc nie ma lekko. W pracy nauczycielskiej na nielegalu żadna opieka zdrowotna nam nie przysługiwała, a na studiach tak licha, że pani w sekretariacie wcisnęła Keczupowi w łapę 600 juanów na wypadek, gdyby coś się stało (to był godny uniwersytet, ale wydałyśmy tą kasę oczywiście na Taobao).

Typowy chiński szpital to wielki gmach, tu akurat w naszym Guanzgou.

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Guangzhou_Chest_Hospital_(EAST_GATE).jpg


5. Jak naprawdę się leczyłyśmy?

Z wyjątkiem przygody szpitalnej i krótkiego romansu z chińską medycyną bardzo prosto. Dwa paracetamole na noc, herbata z miodem i cytryną, a okazjonalnie wrzątek i człowiek zdrów jak ryba!

http://youngandmoreusa.com/ginger-tea-with-lemon-and-honey/

Jak Wam się podoba chińskie podejście do chorób i dolegliwości? Próbowaliście kiedyś chińskiej medycyny? A może leczyliście się kiedyś w obcych krainach i coś Was zdziwiło?

Oczywiście w sezonie jesiennym życzymy zdrowia, radości i chęci do życia! Czasem warto wyjść spod kołdry. XOXO.

3 komentarze:

  1. Jednym słowem zabić łatwiej niż wyleczyć:D z moich azjatyckich przygód... na tajwanie nawet na katar i gorączkę robią tyle badań że aż włos się jęży, a na koniec wychodzi się z mnóstwem różnokolorowych tabletek :D w Indonezji natomoast dostałam zatrucia pokarmowego na co lekarz odparł, że zachorowałam ma tyfus i mogę umrzeć. Co po błyskawicznym powrocie do Polski okazało się żartem ponieważ moje wyniki były idealne :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja przepraszam ale nie mogłam się powstrzymać od śmiechu czytając perypetie Keczupa. Jeszcze troche nasi rezydenci postrajkuja a nasza służba zdrowia będzie podobna do tej w Chinach

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tam jednak wybieram zgniły zachód i tableteczki zamiast wcierki z tygrysa i maści z mieszanki korzeni ze słoniem... :D Nie dla mnie te przeboje!

    OdpowiedzUsuń