środa, 23 stycznia 2019

Podróżnicze podsumowanie roku 2018


Aż trudno uwierzyć, że nie było nas tutaj ponad pół roku! Myślicie, że to z powodu haniebnej nudy i beznadziei życia ludzkiego, więc nie było o czym pisać? Nic bardziej mylnego! Był to jeden z najlepszych podróżniczo roków naszych żyć! Działo się tak wiele, że ciężko było ogarnąć pracę, podróżowanie, siebie i pisanie (co gorsza, na leżenie pod kołderką już czasu zabrakło...). Czas to nadrobić. Jeśli jesteście ciekawi, jakie kraje udało nam się zobaczyć w 2018 roku, to zapraszamy na szybki przegląd.



Jak pewnie wiecie prowadzimy własną firmę, co znacznie ułatwia zarządzanie czasem i wpasowywanie nawet dłuższych podróży w nasz terminarz. Z drugiej strony, gdy praca tego wymaga, zaharowujemy się jak szalone i nie ma zmiłuj, ale jak to powiadają coś za coś. Część z naszych wyjazdów to też połączenie wyjazdów biznesowych i wyjazdów turystycznych, stąd też całkiem dla nas nietypowe kierunki podróży. Na razie wrzucamy wszystko chronologicznie, na hajlajty i katastrofy będzie jeszcze czas!


1. City break w Bukareszcie


Brzmi dość szalenie, prawda? City break w Rzymie, Paryżu czy Pradze to zawsze doskonały pomysł. Ale Bukareszt?! Po co lecieć do Bukaresztu? - zapytacie. Oglądać socjalistyczną architekturę, rzecz jasna! - odpowiemy bez cienia zawahania. Beton to przecież najlepszy budulec, wiadomo. Relacja z wypadu do Bukaresztu pojawiła się nawet na blogu, proszę się zapoznawać!

KOMUNISTYCZNY MOLOCH CZY PERŁA WSCHODU? - 3 DNI W BUKARESZCIE



2. Kazachstan


Na początek pieśń całego wyjazdu - o tym jak się jedzie na diskatieku!


Prawie 3 tygodnie w Kazachstanie to podróż, na którą czekałyśmy bardzo długo i która jarała nam mega mocno. Do tego stopnia, że bałyśmy się jakiejś katastrofy po drodze i bardzo długo nikomu się nie przyznawałyśmy do zakupienia biletów. Kazachstan to jedna z najciekawszych przygód w naszym podróżniczym życiu i musimy przyznać, że silnie podgrzała naszą chętkę na zwiedzanie postsowieckich "stanów". Udało nam się zobaczyć Astanę oraz południe kraju ze wspaniałymi pozostałościami po Jedwabnym Szlaku. Co prawda notek jeszcze niewiele, ale już przebrałyśmy nawet zdjęcia, szok!



3. Budapeszt


Tanie bilety do Astany udało nam się upolować właśnie z Budapesztu. Stolica Węgier to chyba jedno z najmilszych europejskich miast, musiałyśmy więc zabawić w niej choć jeden dzień (choćby po to, żeby zjeść langosza). Wstyd przyznać, ale zawsze człowiek myśli trzeba mi jak najdalej jechać postawić stopę na końcu świata, a słabo docenia to, co bliskie i łatwo dostępne (bilety Wizzem za cztery dyszki, heloł). Postanowiłyśmy nawet, że w 2019 roku wybierzemy się do Budapesztu na dłużej, a przy okazji wygrzejem stare kości w gorącym węgierskim źródle. A czemu nie ma żadnego wpisu o Budapeszcie? Cóż... 3 bezpieczne i bezwypadkowe tygodnie w Kazachstanie, a później jeden dzień w Budapeszcie i bach! Aparat rozwalony. Takie szczęście.

Po większym wyjeździe, jakim był Kazachstan czekała nas chwilowa podróżnicza posucha. Czasem trzeba zająć się niestety zarabianiem pieniędzy i siedzeniem w Polszy, buuuu. W lipcu okazało się jednak, że do Polski wraca kuzynka Katarzyny, która przez 2 lata mieszkała w Grecji. A że posiada ona samochód, który jakoś trzeba przetransportować, tak więc można przy okazji udać się na wesołą bakpakerkę! Niewiele myśląc... kupiłyśmy bilety do Aten.


4. Grecja


Wszyscy zawsze latają na greckie wyspy, a my jakoś tak konsekwentnie do Aten (które swoją drogą są dość paskudne). Stolicę Grecji odwiedziłyśmy w tamtym roku aż dwukrotnie. Raz przed naszą Bałkańską Bakpakerką, a drugi raz w grudniu, bo akurat trafiły nam się tanie loty właśnie z tego miejsca. Ateny obmierzłe są wybitnie, ale podczas lipcowego wyjazdu zahaczyłyśmy też o Saloniki. Niestety miałyśmy jedynie jeden dzień i nie starczył on na zwiedzenie wszystkich bizantyńskich kościołów (Katarzyna utrzymuje, że różnią się one od siebie, ale Keczup nie wierzy), lecz ogółem miasto bardzo nas urzekło!


5. Skopje (Macedonia)


Z Aten przez Saloniki udałyśmy się do bardziej jarających nas już krajów (obecną bowiem Grecję uważamy za upadek cywilizacji). Musicie wiedzieć, że podróż samochodem to nie jest coś, do czego przywykłyśmy. Zazwyczaj podróżujemy powoli i leniwie, przy okazji śpiąc w szalonych pozach na autobusowych siedzeniach. Tym razem głównym celem było w miarę sprawne przemieszczenie się do Polski, więc przystanki były krótkie. Na stolicę Macedonii, podobnie jak na Saloniki, miałyśmy tylko jeden dzień. W zasadzie to wystarcza, żeby nacieszyć oko dziwaczną architekturą tego miejsca, choć na pewno można by się tam bardzo wesoło bawić i dłużej. Bardzo żałujemy, że nie widziałyśmy Ochrydy i szykownej natury, którą Macedonia oferuje. Następnym razem spędzimy tam choć z tydzień, pijąc wińsko i bawiąc się radośnie.


6. Smederevo (Serbia)


Ze Skopje do Belgradu miała prowadzić piękna autostrada, którą to szybciutko rachu ciachu dotrzemy do stolicy Serbii i tam zabawim się szałowo. To, co się działo na tej trasie to jest naprawdę osobna i bardzo nerwowa (choć miejscami i wesoła) historia. Ostatecznie udało nam się zobaczyć oddaloną o kilkadziesiąt kilometrów od Belgradu majestatyczną twierdzę Smederevo ochrzczoną Śmierdzielewem. Całkiem ciekawą, ale będąc przy zdrowych zmysłach raczej nie obrałybyśmy jej za cel. Warto jednak dodać, że pod twierdzą znajdował się jedyny w swoim rodzaju automat wydający frytki, a w naszym hotelu odbywało się wielkie romskie wesele. Cóż... żarty o Śmiedzielewie będą nas bawić jeszcze wiele wiele lat. Stopa nasza po raz pierwszy stanęła wtedy na serbskiej ziemi i troszkę jesteśmy niepocieszone. Szczególne cierpienie odczuwa Keczup, bowiem w stolicy Serbii znajduje się wiele jej ulubionych betonowych budynków, na które miała chętkę. Belgrad i wszystkie jego socjalistyczne cuda nadal na nas czekają!


7.  Transylwania Dream (Rumunia)


Nadszedł czas na najjaśniejszą gwiazdę całej naszej Bałkańskiej Backpakerki - Transylwanię (w tym momencie w tle słychać hicior bendu Moonspell Vampiria i posępne wyziewy). Jak wiecie, jestestwa nasze są ponure i złowrogie, zwiedzanie zamków Transylwanii było więc naszym marzeniem od wieków. Co prawda Keczup odwiedziła już tą krainę w wieku lat 13 z rodzicami, ale pamięta głównie uciekanie przed taborami i nocowanie w psich budach, poza tym w wieku lat 13 nie była jeszcze posępną gotką!

Co do spraw praktycznych, legendy głoszą, że ciężko się po tym regionie poruszać bez samochodu, a tu nagle takie szczęście bach jest piękna maszina i można podbijać kraj Drakuli. Oczywiście zahaczyłyśmy o zamek Bran, malowniczy Braszów, średniowieczną Szigiszoarę, czy też naszą umiłowaną Hunedoarę. Tydzień na Transylwanię to zdecydowanie za mało i opuściłyśmy wiele dobra takiego jak kościoły warowne, gdzie wieśniacy chronili się przed wampirami, chlip. W międzyczasie okazało się na szczęście, że pomiędzy większymi miastami da się poruszać Flixbusem, więc następnym razem mamy zamiar zagubić się na rumuńskiej wsi wśród zamków i wspomnianych kościołów. I chłonąć wąpierzą atmosferę!


8. Debreczyn (Węgry)


Z Rumuniii kierowałyśmy się na Podkarpacie, gdzie mieści się dom rodzinny Katarzyny, a nocleg wypadł nam w Debreczynie. To miejsce wielokrotnie odwiedzane już przez Keczupa, którego to rodzinną tradycją jest moczenie zadków w węgierkich ciepłych wodach. Co można rzec? Mają tam okropnych kierowców i zadziwiająco dobre indyjskie żarcie (w restauracji mieli wpis polecający od zespołu Nightfish znaczy Nightwish, aż łezka się w oku zakręciła na myśl o tych hitach). Polecamy się porządnie najeść! Szczególnie, gdy wracacie z Rumunii, której kuchnia nie jest zbyt smakowita i oferuje wiele rodzajów podrobów.


9. Koszyce (Słowacja)


Siostra Katarzyny bardzo chciała zatrzymać się w Koszycach, gdyż wymyśliła, że jej nowym hobby będzie zwiedzanie miejsc haniebnych przywilejów szlacheckich (młodzież ma czasem dziwne pomysły). Jak wszyscy wiemy, odkąd Słowacja zdradziła i przyjęła euro to jest tam również haniebnie drogo, tak więc zadowoliłyśmy się spacerami, podziwianiem osobliwej iluminacji katedry i... noclegiem na podmiejskim kempingu. Tak tak, na kempingu, którym w dodatku zawiadywał sobowtór Justina Biebera.


10. Bruksela (Belgia)


Z Transylwanii musiałyśmy wracać szybko, bo zaczynały się nasze wyjazdy na imprezy firmowe, coby zarabiać pieniądze. Kilka dni po naszej hardej bakpakerce z romskimi królami i wampirami, odbywała się lolycka impreza w Dublinie. Pech chciał, że w tym samym czasie imprezkę postanowił sobie urządzić również PAPIEŻ. Ceny skoczyły więc straszliwie (któż by nie chciał zobaczyć Papieża Franciszka no kto?!), nazjeżdżało się milion rodzin katolickich i młodzieży oazowej, która to zajęła wszystkie samoloty. Nie z nami jednak te numery! Sprawdziłyśmy jak się mają ceny lotów z różnych mniej katolickich krajów i gdzie można tanio dolecieć. Padło na Brukselę.

Z tym miastem mamy niestety hate-hate relationship. Musimy przyznać wprost, że nie znosimy Brukseli i to z wzajemnością. Każdy pobyt w tym mieście kończy się jakąś małą lub większą tragedią, a na dodatek  ceny jedzenia są po prostu nie do przyjęcia. NOGA NASZA TAM JUŻ NIE POSTANIE! Nieważne, jak piękne są secesyjne kamieniczki w centrum, za jedne frytki z budy można mieć ich z 10 kilo w Biedrze i to bez octu!


11. Dublin (Irlandia)


Część wyjazdu spędziłyśmy na loliciej imprezie zbijając kokosy, część polując na Papieża (serio, Dziobson bardzo chciał zdjęcie z papieżem i MA), a część po prostu bujając się po mieście. Pyszniutki Guinnessik, malownicze katedry i tanie jadło w Tesco oraz Lidlu. Dublin zdecydowanie nam się podoba <3! 


12. Finlandia


Kierunek, który wybrałyśmy z powodu kolejnej imprezy branżowej. Do Helsinek zawitać miał tym razem nie żaden kościelny patriarcha, a idol wszystkich posępnych osobistości, czyli MANA SAMA, prawdziwe bożyszcze ludzi interesujących się japońską modą uliczną (lub też japońską muzyką, bo Mana to człowiek wielu talentów). Impreza roku, na której nie mogło nas zabraknąć! Keczup prawie umarła, gdy Mana chwycił ją za rękę i pobłogosławił swoją gotyckością. A przed Helsinkami wyskoczyłyśmy jeszcze na zwiedzanie Turku, gdzie to wynajęłyśmy od posępnego pana okutanego w łańcuchy mroczny, czarno-biały apartament z sauną w środku i dozownikiem do mydła w kształcie czaszki. TAK TRZEBA ŻYĆ.

OTO MANA!

https://www.jrocknews.com/2018/03/mana-visit-finland-guest-eternal-twilight-september.html

Swoją drogą czy wiecie, że w Finlandii przypada najwięcej zespołów metalowych na liczbę mieszkańców na świecie?!


13. Hiszpania


O tej podróży praktycznie zapomiałyśmy i dopisujemy ją już po skończeniu całej notki. Jak można zapomnieć o zwiedzaniu Barcelony i Madrytu? - zapytacie. Otóż podczas tego wyjazdu wszystko poszło nie tak. Najpierw deszcz rzęsiście padał w Barcelonie, a gdy już przeniosłyśmy się do stolicy... front atmosferyczny podążył za nami. To jeden z tych wypadów, gdzie naprawdę nie miałyśmy szczęścia (choć zobaczenie Guerniki na żywo rekompensuje całkiem wiele, lecz NIE WSZYSTKO). Na szczęście poprawkę z Barcelony robimy już za 2 tygodnie. Trzymajcie kciuki, by tym razem nie padało!


14. Indie

Na koniec perełka na torcie naszej podróżniczej listy roku. Prosimy koniecznie odpalić sobie do czytania ten hicior:


Choć Keczup przez wiele lat wykrzykiwała, że Indie bród, smród i ubóstwo i noga jej tam nie postanie, goła klata tego pana powyżej przekonała ją do zmiany zdania i pojechalim. Początkowo miałyśmy zmierzać na południe robić karierę w Bollywood, ale ostatecznie stwierdziłyśmy czasu mało i uderzamy na północ. Delhi nie urzekło nas szczególnie, ale Radżastan... Ach, te marmurowe pałace, te złote komnaty, słonie i turbany, święte krowy i ŻARCIE. Olaboga, dzień w dzień świńskie obżarstwo za 12-15 zł od osoby, aż łezka się w oku kręci. Indie tak nas oczarowały, że rozważamy rezygnację z planu na tajski dom starców na rzecz indyjskiego. A co, na emeryturze też trzeba godnie żyć!


Której z naszych wypraw jesteście najbardziej ciekawi? Dajcie znać, bo zabieramy się za nadrabianie blogowych zaległości. I koniecznie podzielcie się z nami swoimi podróżami. Czy 2018 był u Was wyborny czy średniawy? Pamiętajcie, zawsze może być lepiej!

Acha, gdybyście byli ciekawi jak rozwija się nasza podróżnicza przygoda to tu znajdziecie nasze podsumowania z poprzednich lat:

5 komentarzy:

  1. To przecież bardzo dobre hobby, następny przystanek: Wilno, zapraszam!

    OdpowiedzUsuń
  2. nareszcie powrót! yay!

    OdpowiedzUsuń
  3. Całkiem wyborny! Rumunia w maju (czyżby nam się w podobnym czasie tam pałętało?), słowacki wyskok w czerwcu (ale góry, więc fajnie), sierpniowe poszwendanie się fajną łódką (bo drewnianą i bez silnika xD) po niemieckich wodach Bałtyku. Wrześniowy wypad do ukraińskiego Czernichowa, pełen uciech i niespodzianek. Większość wesołej kompanii coś straciła, jeden kolega portfel, inny telefon, reszta godność. Ja z tej wspaniałej wyprawy wyszłam na plusie - granicę powrotną przekraczałam z nowym towarzyszem u boku, zakręconym w podróżowanie równie mocno. Wytrzymaliśmy w pl jakieś dwa miesiące, listopad i grudzień szlajaliśmy się po Francji, piszę to teraz z Edynburga, który odpowiada mocno mi. Zobaczę ile tu wytrzymam. Pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń
  4. A z waszych przygód chętnie przeczytam diss na Brukselę! Ciekawi mnie czym w szczegółach wam podpadła. Sama mam "idk" opinię, taka specyficzna mieszanka to jest. Ą Ę drrrogo, stolyca, a zarazem totalny brut i smrut, dostojnie po głównych alejach i punkowo po kątach. Specyficzne miejsce. I koniecznie o mrocznej Finlandii! Bo że o hinduskich przygodach, kolorach, jedzeniu i splendorze - to chyba oczywiste;]

    OdpowiedzUsuń
  5. Wow. Zazdroszczę podróży. W tamtym roku byłam w Norwegii (przepięknie, genialna kuchnia, architektura i widoki, ale jest piekielnie drogo), Turcję (ciepło, pyszna kuchnia, mili ludzie, ceny ok) oraz Grecja (zakochana w owocach morza, widokach, niekoniecznie w cenie).

    OdpowiedzUsuń